"Mądrość karmi, lenistwo głodzi" (mongolskie)
Gości on-line: 20    
 
  21 sierpnia 2017 - wschód: 5:41, zachód: 19:50
  Imieniny obchodzą: Joanna, Kazimiera, Franciszek
 
Rodzinny belfer z teatralnym zacięciem - wywiad z Januszem i Jadwigą Toczek

Małgorzata Gwóźdź: Dlaczego nauczyciel?

Janusz Toczek: Wychowałem się w rodzinie nauczycielskiej. Najpierw moja matka była nauczycielką, potem ojciec. Zdaję sobie sprawę, że dziś prestiż tego zawodu bardzo podupadł. Ale można się tym przejmować albo powiedzieć sobie, że robisz coś dobrze i do końca, bez względu na okoliczności. Ja wybrałem to drugie.

Czasy są takie, że każdą wartość można wyszydzić, obśmiać. Właściwie nie ma jakiejś stałej, ogólnie przyjętej hierarchii wartości. Ludzie samych siebie nie szanują, to jak mają kogoś szanować?...

Myślę, że jestem prawdziwym belfrem, z minusami i plusami tego powołania. No, bo raczej trzeba mieć do tego zawodu powołanie.

Czy można w takim razie oddzielić nauczanie literatury od wychowywania poprzez literaturę?

Samo obcowanie z drugim człowiekiem jest już procesem wychowawczym. Nieważne, czy to matematyk, czy polonista. Zresztą, matematyka też uczy pewnego porządku, ładu... Literatura nazywa pewne rzeczy, artykułuje je. Ale, odnosząc się do twojego pytania, uważam, że nie da się tego oddzielić. Dla mnie każde obcowanie z dziełem sztuki jest wyzwaniem, które zmusza mnie jako belfra i mojego ucznia jako szukającego czegoś w świecie człowieka, żeby podjąć z tym dziełem dialog. I to już nazywam procesem wychowawczym.

Czy współczesna młodzież licealna rozumie język wieszczów? Czy lekcje języka polskiego to nie jest czasem przysłowiowe tłumaczenie "z polskiego na nasze"?

Zauważyłem, w ostatnich latach, gwałtowne oddalenie się młodych ludzi od języka literatury, w ogóle - od języka. Już nawet nie chodzi o to, że nie rozumieją Kochanowskiego, bo to po staropolsku, czy Mickiewicza, bo to staroświeckie. Literatura nie jest dziś atrakcyjną propozycją dla młodego człowieka. On się przed tym broni. Ale... to tym większe wyzwanie dla belfra, bo trzeba coś z tym zrobić, jakoś przekonać uczniów do tego, że warto w życiu przeczytać te paręnaście książek.

Czasami popełniam błędy niewybaczalne względem literatury np. czasami bardzo zależy mi na tym, żeby pokazać związek, powiedzmy, "Pieśni" Kochanowskiego z tym, co jest udziałem współczesnego człowieka. Jasne, o dzisiejszych problemach nie da się pisać językiem mistrza z Czarnolasu, ale w gruncie rzeczy pozostajemy w kręgu tych samych spraw.

Czy na przestrzeni 20 lat pracy obserwują państwo, jak młodzież się zmienia? Co ją dotyka, nurtuje, boli?

Jadwiga Toczek: Problemy młodzieży pozostają ciągle te same. Może tylko inaczej są wyrażane.

Janusz Toczek: Zauważam jednak, że współcześni młodzi ludzie mają mniejszą odporność psychiczną, szybciej się poddają, nie umieją walczyć.

Jak to? Przecież maja wziąć udział w "wyścigu szczurów"...

Chciałem jeszcze dodać, że system awansu zawodowego doprowadził do tego, że nauczyciel, u progu swej kariery musi się wykazać (żeby mu zaliczono) ty, do czego kiedyś dochodził w ciągu 10 lat spokojnej pracy. To też powoduje pewne napięcia i narusza jakąś naturalna kolej rzeczy.

Jadwiga Toczek: Można nie brać udziału w "wyścigu szczurów". Ja mówię młodzieży: rób to, co robisz, na swoją miarę, ale jak najlepiej potrafisz. Podstawowym błędem psychologicznym jest porównywanie się z innymi.

Macie jakąś własną metodę na docieranie do coraz młodszych roczników?

Najlepsza metodą na otwieranie uczniów jest szczerość. Najłatwiej mają ci, co nie kłamią, bo oni nie muszą pamiętać, co mówili. Albo ktoś nas akceptuje, albo nie. Życie to umiejętność dokonywania wyborów. I każdy sam musi je przeżyć. My możemy tylko ostrzegać.

Janusz Toczek: Na pewno nie staramy się uczniom za wszelką cenę uświadomić, że od przedszkola biorą udział w "wyścigu szczurów". Razem z żoną, a właściwie ona bardziej, wysłuchujemy, co mają do powiedzenia o tym, co ich boli. Uczymy ich, że każdy ma swoje miejsce na tym świecie, w społeczeństwie. Trzeba je tylko odnaleźć. Możliwie najspokojniej.

Ja dodałbym jeszcze do odpowiedzi na pytanie - uczciwość i poważne traktowanie partnera. Klęską dla mnie jest lekcja, którą po prostu odbębnię. Jest to dla mnie piekielne wyzwanie, że ja MUSZĘ zrobić DOBRĄ lekcję. Nawet, kiedy jestem zmęczony, to staram się, żeby lekcja była na jak najwyższych tonach. Kiedy widzę, że uczniowie zaczynają się zajmować czym innym, niż słuchaniem, uczestniczeniem w lekcji - wiem, że słabnę, że muszę się bardziej postarać.

W kontakcie z młodym człowiekiem najważniejsza jest autentyczność, bycie sobą. Młodzi ludzie bardzo łatwo wyczuwają fałsz. Czasem trzeba się też umieć przyznać do niewiedzy. Kiedy byłem młodym nauczycielem, uczniowie bardzo często, by odciągnąć mnie od odpytywania z lekcji, zadawali podchwytliwe, prowokujące pytania. Na początku oblewałem się pąsem i usiłowałem wszelkim sposobem wybrnąć z sytuacji. Ale kiedyś, na kolejne postawione, podchwytliwe pytanie odpowiedziałem, że nie wiem. I to był efekt! Oczywiście, od razu dodałem, że sprawdzę.

Nauczyciel to nie jest gość czy gościówa, która wie wszystko, tylko osoba, która PROWADZI.

Od czego zaczęła się wasza przygoda ze szkolnym teatrzykiem?

Tylko się nie śmiej się. Mieliśmy na początku działania naszego teatrzyku szkolnego "Siakuntalę" Kalidasy. I to pewnie właśnie dlatego, że Grotowski też się za to brał. Tekst był rzeczywiście z górnej półki. Byłem wtedy facetem po studiach z głową nabitą najnowszymi teoriami i prądami teatralnymi. Podczas pracy nad tym spektaklem uświadomiłem sobie, że to jest po prostu za trudne - inna mentalność, inny typ kultury. Ale ta sytuacja zmusiła nas do tego, byśmy bardziej myśleli teatrem, obrazami, by uatrakcyjnić ten tekst, trudny dla polskiego odbiorcy, zwłaszcza dla młodzieży. Mocowaliśmy się z tym, jak przy pomocy minimalnych środków wyczarować na scenie poezję. Jak dzisiaj sobie to przypominam, to jestem z nas dumny, że nam się to udało.

Czy to była fascynacja guru polskiego teatru - Jerzym Grotowskim?

Jeśli tak, to bardzo powierzchowna. Za mało wtedy o Grotowskim wiedziałem. Nawet niczego nie widziałem na żywo. Czytałem dość dużo na ten temat. To było coś bardzo egzotycznego, bardzo innego, więc potraktowałem to jak interesujące wyzwanie.

Widzę, że na początku posługiwaliście się tekstami gotowymi...

...ale bardzo szybko zorientowaliśmy się, że jeżeli ma to być szkolny, amatorski teatr młodzieżowy, to trzeba dać młodzieży możliwość mówienia o swoich problemach w sposób dla niej najwygodniejszy.

I jak ten "tekst dramatyczny" się staje?

Młodociani aktorzy na próbach bardzo się otwierają, wychodzi z nich to, co ich interesuje, jaki mają temperament. Żadna wypowiedź, propozycja ucznia nie jest bez znaczenia. W pewnym momencie wyłania się z tego zarys sztuki. Najtrudniej jest wpaść na pomysł i to wszystko powiązać. Tak wiele jest tych osobowości. I wtedy tak sobie prywatnie rozmawiamy w domu, ja coś tam zapisuję...

Te teksty zawsze są pisane w oparciu o to, co przynosi kolejna edycja członków zespołu.

A jak buduje się z tych ludzi zespół?

Jadwiga Toczek: Zaczynamy od zajęć integracyjnych, opartych na dramie. Chodzi o zlikwidowanie strachu i zbudowanie w jego miejsce poczucia bezpieczeństwa w nowej grupie, by uczniowie nie bali się siebie nawzajem i przestrzeni teatralnej. Służą temu i ćwiczenia fizyczne, i te bardziej teatralne (etiudy aktorskie). Aktorzy wymyślają sobie postać, potem fabułę.

Janusz Toczek: Wszystko opiera się na zabawie np. pokaż szaleństwo, Hamleta, parodię Hamleta. Często zaskakuje mnie rozpiętość uczniowskich skojarzeń...

Przedstawienie "Co to jest postmodernizm?" zrodziło się z pytania uczniów, które stało się zadaniem do wykonania. Tak rozpoczęła się praca nad tym spektaklem, który był zgłębianiem definicji krytyków literatury w ww. temacie. Pojawiały się w nim postaci, pomagające, poprzez podsuwanie własnych pomysłów, autorowi w stworzeniu tekstu literackiego z nimi jako bohaterami. Graliśmy to w Nowej Hucie i nawet wykładowcy UJ wysyłali studentów na przedstawienie Teatru "Na Stronie". Studenci najpierw się buntowali, ale wychodzili miło rozczarowani. Dodam jeszcze, że spektakl robiły same dziewczyny, taki drugi garnitur zespołu, ale spisały się na medal.

Jak młodzi ludzie trafiają w szeregi waszego teatru? Za moich czasów nazywaliśmy ich "wybrańcami"...

Nie ma żadnych egzaminów czy castingu! Do teatru zaproszeni są wszyscy uczniowie. Nikogo nie odsyłamy, każdy tu może znaleźć swoje miejsce, choć może nie zawsze załapie się na rolę. Czasem komuś specjalnie proponujemy uczestnictwo w naszym przedsięwzięciu, bo wiemy, ze ten teatr może mu pomóc.

Oni w ogóle muszą mi szybciej dojrzeć, złapać, w czym rzecz. W końcu bazujemy na sobie, na własnych emocjach, oczytaniu, inteligencji, wrażliwości, talencie... Ja to tylko potem spisuję. Np. w "Opowieściach Lasku Ardeńskiego" każdy miał się zmierzyć z jakąś bajkową postacią, która go w jakiś sposób kiedyś zafrapowała i ubrać ją w swoje widzenie. Wszystko w konwencji baśniowo-kabaretowej. Taka teatralna zabawa.

Kto wymyślił klasę o profilu teatralnym?

To taki nasz ostrożny pomysł. Raz na 3 lata (bo wiadomo, że nie może być rok po roku) budujemy sobie taki zespół. Właśnie teraz taka kl. III odejdzie i, jak się uda, będzie nowa od przyszłego roku szkolnego. Oczywiście, w żadnym wypadku nie należy pojmować tej klasy jako przygotowanie do studiów w szkole teatralnej.

Jaką rolę spełnia wasz teatr: terapeutyczną, edukacyjna, rozrywkową?...

Jadwiga Toczek: Na pewno nie jest to terapia sensu stricto...

Janusz Toczek: Pewnie każdą po trochu. Ale ja bym chciał, żeby to było szukanie siebie.

Czy jakiś uczeń się kiedykolwiek zbuntował, odszedł od was w sensie artystycznym, teatralnym?

Może to nie był bunt, ale pamiętam... Paweł Chowaniec razem z grupą uczniów zrobił kiedyś swój spektakl. Boże, jak myśmy się wtedy cieszyli! To było fantastyczne, że oni sami, po swojemu...

Jaką rolę odgrywa w waszej pracy wiara? Odwołujecie się przecież w waszych spektaklach do tekstów biblijnych...

Nie chodzi jednak o katechizację, jak z ambony. To jest przede wszystkim odwołanie się do wartości.

Ja mówię uczniom na lekcji, że jestem także katolikiem. To upraszcza wiele rzeczy, także w pojmowaniu, odczytywaniu, rozmowie na temat tekstów literackich. Uprzedzam, że czasem nie mogę się od tego uwolnić, bo to mój sposób postrzegania rzeczywistości.

Macie mnóstwo nagród jako teatr szkolny. Zawsze się wszystkim podobacie?

Nie, nie wszędzie dostajemy nagrody. Czasem nasz spektakl jawi się jak jakieś nieporozumienie w zestawieniu z całą resztą.

Czym jest dla was teatr?

Najwyższą ze sztuk, bo tu spotyka się człowiek z człowiekiem. I niektóre spektakle w teatrze zawodowym zahaczają mocno o prawdę. Bo ja nie potrafię śmiać się ze współczesnych kabaretów, nie rechoczę z ludźmi na filmie, krytykuję "Idola", który najpierw wielu sponiewiera, a potem wykorzysta, wmawiając to, czego nie ma.

Jakieś fascynacje teatralne?...

Krystian Lupa, bo to mag teatru i Jerzy Grzegorzewski (niedawno zmarły). Staramy się bywać raz w miesiącu w teatrze, najczęściej w Krakowie. Ale niektóre produkcje, np. Teatru STU, są czasem dla nas niedostępne cenowo.

Jak wy to robicie, że jesteście razem w domu, razem w pracy... Czy wy się w ogóle rozstajecie?

Ja raczej mógłbym siebie określić jako domatora. Ostatnio przyszło mi lecieć pierwszy raz w życiu samolotem, do Berlina. Przerażające. Nie możemy sobie przypomnieć, kiedy ostatnio rozstawaliśmy się z żoną na dłużej. Myślę, że wybrałem sobie taką partnerkę na wspólne życie, żeby się z nią nie nudzić. Pośród wszelkich sukcesów na niwie teatrów szkolnych, najważniejsza jest dla mnie rodzina: żona i troje dzieci, którym pewnie czasem przychodziło cierpieć z powodu tego, że ja musiałem się przygotowywać do lekcji. Jednak ta "podstawowa komórka społeczna" to początek wszystkiego. Wszystko rodzi się w rodzinie i pozostaje w rodzinie.


  Sylwetka Jadwigi i Janusza Toczków

  powrót