"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Pizza i ''płyn mimowszystko''

15.09.2007

 

Może należało zjeść obiad w domu. Dylemat nierozwiązany. Po pracy tak jest ponoć dobrze i godnie. Własny talerz z obrazkiem na dnie. Sztućce z odciskami własnych palców. W piątek po południu, po zamknięciu drzwi samochodu i „głuchym” zatrzaśnięciu domowych drzwi, na własnym krześle i w ciszy kuchni. Zapachy kuchenne – domowe. Herbata do wyboru: czarna, zielona, czerwona. Własny kubek z promocyjnym nadrukiem ulubionej herbaty i z wygodnym uchem. Kraina bajkowych, herbacianych aromatów.

A przekornie? A jeśli nie, to co?

Jeśli dzień był pełen pieczątek, z „boleśnie” czerwonym tuszem, słońce paliło w głowę i w kawałek policzka, to około 16:30 musiał przyjść czas na to, żeby zezuć z siebie kawał uwierającej pracy, która znów zaczyna wrastać w głowę, w kalendarz i cyferblat zegarka.

Nadszedł przeto czas by zrobić coś „wbrew” i dla przyjemności. Całkiem po prostu - piątkowo.

Do takiego piątku i do takiej pizzy dojrzewałem przez cały tydzień, może nawet dwa. Przewaliły sie przez moją tygodniową uwagę, zgnębiły resztki mojej koncentracji, zajęły świadomość i terminarz - twarze i słowa. Wszechmocna głupota, arogancja z legitymacją polityczną także. Przybyło i zapukało niezawodnie, zwykłe, przyziemne urzędowe chamstwo, ubrane – choćby - w krawat i kadencyjny cynizm z odrobiną domieszki służbowej podległości.

To wszystko jednak działało, coraz mocniej na korzyść pizzy. Ta mogła wreszcie legalnym kaprysem wpisać się w moje piątkowe menu. Swoją drogą, przyznać muszę, że już w czwartek, po oglądnięciu programów wyborczych w lokalnej telewizji uznałem, że najlepsze czym mogę sobie zrekompensować uciążliwą intelektualną czkawkę, będzie coś włoskiego na dobrym cieście. „Po polsku” ostatnio mnie boli. Made in Oświęcim, made in powiat i made in Polska zwyczajnie mi nie działa. Gwarancji nie ma, części zamiennych też.

Kiedy dowiedziałem się, oglądając - bez zapalczywości – w lokalnym „kanale” jedną z wyborczych sekwencji lokalnego „establishmentu”, że można jednoosobowo zmieniać losy budżetu państwa, uznałem, że pizza musi być z oliwkami. Kiedy chwilę później ktoś objawił w podobnym programie, że w sprawie OSPR możliwe są dwa scenariusze - że albo podpiszą, albo nie podpiszą - uznałem, że musi być parmezan i mozzarela. Kiedy wreszcie usłyszałem, że Oświęcimianie potrafią się bawić i są pracowici zdecydowałem, że absolutnie do oliwek, parmezanu i mozzareli muszę sobie dołożyć salami, pieczarki i szynkę.

Zapobiegliwa, a nawet troskliwa piątkowa Transecendencja, podesłała mi na piątek i na godzinę 16:30 podobnego do mnie malkontenta z oświęcimskich rubieży, po to by w galopie na dwa auta dotrzeć tam, gdzie dobrą pizzą z dodatkami, świat naszych marzeń znów wprowadzimy na plan pierwszy, z optymistycznym i kulturalnym światłocieniem. Nie wiem, które „made in” nie zadziałało malkontentowi z drugiego auta, ale jemu też po tygodniu wypadło, że pizza.

Choć wiem, że on zdecydował sie na pizze - między innymi - po tygodniu uciążliwych rozmów z kobietą poprzez internetowy komunikator. Podobno umiejętnie krzywdzili się opisami swoich loginów. Stąd w jego pizzy nie było oliwek, parmezanu i salami.

Siedliśmy z daleka od innych uszu. Bardziej nawet z dala od pustych słów i „made in Oświęcim”. Zjeść, pomilczeć towarzysko. Trochę prądu dla baterii.

Polane oliwką w mocno brązowoprzypalonym kolorze, chrupkie ciasto. Ładnie zarumienione i oddające aromat wypieczonych drożdży. Miłe kontrasty smaku. Oliwki słonosłodkie. Słone salami. Zalane to wszystko czterema serami. Quattro stagioni. Jakie to wszystko niezdrowe i dobre. Rozlane sery o różnych smakach, na dobrym cieście. Koloratura smaku i aromatu. Pieczarki lekko zduszone, łagodnie opadłe na podwiniętą od temperatury szynkę. Dobre, naprawdę dobre.

Na ogół duży rozmiar tego drożdżowego „placka” przekracza moje objętości. Wczoraj jednak zdążyłem nawet dojść do ostatniego „kawałka” kiedy jeszcze był cieplejszy niż sok z czarnej porzeczki. Wiem, że sok pasował do pizzy jak koniowi plecak, ale czarna porzeczka to taki „płyn mimowszystko”. Sok z czarnej porzeczki jak zwykle dodaje nieco oktanów mojej witalności. Wszystko po nim nabiera intensywniejszych barw, a kobiety, samochody, polityka i chamstwo przestają mieć znaczenie.

Po prostu smakowało mi i dzisiaj jestem gotowy na odrobinę roztargnienia.

Jacek Polak

   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas