"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Na talerzu jak wietnamski kapelusz

11.10.2007

 

Prostokątne pudło z tektury w przedpokoju nie stanowi zamierzonej kompozycji wnętrza mieszkania. Chyba nie lubię tekturowych pudeł w przedpokoju. Taki mało postępowy jestem. Płaskie pudełko, na 5 centymetrów głębokie. Ze śladami tłuszczu. Zwyczajne plamy. „Pudlasta” aranżacja to jeszcze nie zamach na domowy mir, ale pójście po najmniejszej „linii oporu”. Ostatni ślad po zamówionej i bezceremonialnie zjedzonej pizzy przez młodocianych. Przyznać jednak trzeba, że nie dziwi męskie załatwienie sprawy, gdy głód jest większy od umiejętności. Rozwiązanie szybkie i dość syte. Jeden z czterech młodych ludzi telefonicznie zamawia pizzę. Do gry w brydża . Po radosnej licytacji, kiedy w skupieniu trzeba bronić głupiego brydżowego kontraktu, najpewniej słusznie jest coś zjeść. Najlepiej dużo i bezmyślnie.

Cztery posągowe twarze zatopione w wartościach kart, ślęczą nad „obrazkami” z tłuszczem pod wąsem i na brodzie. „Honory” uchwycone prawą albo lewą ręką. Wiadomo, że talerz z pizzą znika w mgnieniu oka. Istotne jest tylko to, żeby głód nie był dokuczliwy w czasie karcianych „parad”.

Pizza – można się zgodzić - to dobry kulinarny wynalazek. Włoski – intrygujący patent – który w jednym miejscu na cienkim, a w drugim na grubym nazywa się pizzą. Pewnie z włoskiego tłumacząc na polski coś to znaczy. Ale nie dociekam.

Przyznam, że jadam. Włoskie patenty mam w swoich ulubionych kulinarnych „sztychach”. Ostatnie „cztery sery” (Quattro stagioni) sprawiły mi sporą przyjemność. Na tyle dużą, że byłem w stanie dłuższą chwilę poddawać się filozoficzno-technologicznemu zastanowieniu - jak to jest z tym cienkim i grubym ciastem? W jednej knajpie dają właśnie takie puchate, w drugiej - cienki drożdżowy placek i całą resztę z grubą warstwą smakowitych „przypadłości”.

Jeszcze jedna myśl – prawie złota. Od dłuższego czasu w pejzaż polskiego menu pizza wbiła się jak język rosyjski w podświadomość byłego prezydenta. Zdobyła prawa towarzyskie i legalność na kulinarnie pomieszanym polskim stole.

Chyba nie powinno się tak robić, żeby na dwa kolejne wyjścia do restauracji dwa razy zamawiać pizzę. A z drugiej strony – dlaczego nie. Ja tak właśnie zrobiłem - wszak nie ma nic przyjemniejszego jak łamać jakieś nieuprawnione schematy, które ciągle uwierają człowieka dobre samopoczucie.

Przez telefon dowiedziałem się, że Casablanca karmi pizzą już od 10 lat. Trasę do Rajska mam już opanowaną, a skoro taka prowokacja zaistniała to uznałem, że pokerowym zwyczajem - „wejdę” w grę i sprawdzę. Na miejscu zaprowadzono mnie tym razem do sali tradycyjnej. Jak okiem sięgnąć, cała „stoi” w drewnie. Skóra „dzikiego” dzika, poroże i jeszcze jakieś tam imponderabilia. Oczywiście wszystko na ścianie.

Siedzący obok mnie Pan Marcin, na pytanie kelnerki na jakim cieście pizza, od razu zakrzyknął, że oczywiście na cienkim. Oczywiście się zgodziłem. Potem dopiero zacząłem ustalać z czym ta „włoskość” ma być przyrządzona. Tu pieczarki i boczek, tam salami i oliwki. Wszystko pysznie brzmi, a jeszcze lepiej smakuje. Ślinianki i wyzwolony żołądek przejmują inicjatywę nad wolną wolą i zaczyna się faza decyzyjnej impotencji. Menu przeglądnięte 10 razy – tam i z powrotem. I nic. Kelnerka znów się pojawia i pyta kolejny raz. Z zawstydzeniem pomyślałem - no ile tak można zwlekać ? 

Średnie Fiunghi o monstrualnej średnicy 32 cm. Na „hektarach” cienkiego włoskiego ciasta ma się znaleźć ser, sos, boczek, kukurydza. Chyba zależało mi na boczku. Tylko to poczucie winy... Smaczny boczuś, ale tyle kalorii. Grzech więc należało jednak jakimś dobrym uczynkiem zrównoważyć. Wegetariańska kukurydza świetnie nadała się na alibi w tej dietetycznej zbrodni.

Zamówiłem Fiunghi. Na cienkim cieście, zgodnie z zaleceniem Pana Marcina. Kelnerka zniknęła, zostawiając mnie z moim interlokutorem (przepraszam za to technologiczne określenie, które mi kojarzy się z intercoolerem). Przy rozmowie o sprawach – oczywiście – wagi państwowej, czas szybko upiekł dobre, chrupkie, cienkie ciasto.

Zbliżająca się z zamówieniem kelnerka, budziła we mnie coraz większy niepokój. To coś, co zamówiłem, w oczach rosło do rozmiarów „wielkiego żarcia”. Ale to nie wszystko. Pizza Fiunghi przyniesiona została na drewnianej tacy, która w stożek – wyglądała jak wietnamski kapelusz.

Wielkość tej średniej Fiunghi była taka, że tylko prezydent potrafiłby określić ją odpowiednim rosyjskim przymiotnikiem. Pysznie „balszoja”. A na niej duszone i lekko zeszklone pieczareczki. Może od nich nazwa pizzy, bo włoskie fungo, przetłumaczone na język polski znaczy grzyb. Pieczarka całkiem jak grzyb, można zatem włoski przysmak „chrzcić” nazwą Fiunghi. Domyślam się niemgliście, że na pewno znów dryfuje i błądzę z tą moją etymologiczną dedukcją. Matematykom zostawiam czy to dedukcja czy też indukcja kulinarna.

Boczek w dużych plasterkach. Zalałem wspaniałą oliwą z oliwek, którą dopiero w Casablance przyniesiono w słusznej butelce. Duża butelka nie odwoływała się wreszcie do mojego dobrego wychowania. Lałem więc tej oliwy słuszne ilości. Boczek uzyskał od razu dodatkowego koloru, choć zapach dobrze uwędzonego mięsa unosił się tak sprawiedliwie, jak sprawiedliwe ilości boczku na hektarach ciasta były dominującym elementem tego włoskiego pejzażu. Kukurydza posiana gęsto jak łuski karabinu maszynowego, rozpraszała światło na beżowo-czerwonym deseniu Fiunghi.
Całość zalana zachłannym gestem ze sporego kalibru butelki, tonęła pysznie pod falą żyznej oliwki. Pizza Fiunghi była jak aluwialny pas żyznej gleby między Tygrysem i Eufratem.

Zaciąłem nożem rekomendowane kruche i cienkie ciasto i poddałem całą sprawę wyrokom podniebienia. Kruche ciasto pozwoliło na pełne smakowanie pieczarek i boczku. Drożdżowe cienkie ciasto nie urastało w ustach do zaskakujących wielkości. Boczek z pieczarkami świetnie powiązany smakiem kukurydzy ponaglał do łykania coraz większych kęsów.

A wszystko to na tym talerzu o kształcie wietnamskiego kapelusza. Smakowało mi...

Jacek Polak
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas