"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Spowalniacz czasu

20.10.2007

 

Na sobotę spowalniacz czasu. Na Kraków i na jesień, kiedy słońce i kiedy wesołe tramwaje. Spowalniacz czasu. Wobec i przeciw – spowalniacz. Kupiłem „Mądrość nieuciekania”. Wydałem – w taniej książce - na buddyjski traktat filozoficzny. To było coś koło ceny „Katynia”. W kinie byli już pewnie wszyscy, żeby spełnić obowiązek wobec pamięci, wobec reklam, telewizji i gromko zachwyconego Kaczyńskiego. A ja po ulicach, żeby zatrzymać czas. Na Rynek Podgórski i kościół św. Józefa w refleksach południowego słońca – spowalniacz czasu.

Spacer między jednym i drugim, po milczącej, wielkiej i niepompatycznej przeszłości. Spacer jak spowalniacz czasu. Na koniec spaceru przygotowałem sobie coś, bo kiedy jedno przyjemne się kończy może zacząć się następne.

Napisane na szyldzie „Ristorante”. Kraków, Podgórze, św. Józef, ja i „Ristorante”. Wszedłem. Studencka młodzież wpisana gdzieś w aranżacje niedużej przestrzeni – zawodowo. Młode kelnerki na pewno dorabiają, żeby móc spowalniać czas. Po wykładach nudnych jak źle wydane pieniądze – umiejętnie spowolnić biologiczny zegar, okiełznać galop bzdur, z których zbudowana jest nabzdyczona polska codzienność. Na kawę nie musiałem się jakoś długo decydować. Ona zawsze w dobrym miejscu zatrzymuje wskazówki zegarka i nadaje właściwy wymiar sprawom z pierwszych stron gazet. W karcie dań, oczywiście włoskich – bo Ristorante – znalazłem odpowiedni spowalniacz. Wędzona szyneczka osnuta sosem z borowików. Jak z bajki o złotej rybce. Borowiki dające lekko słony smak. Sos smaczny jak pięciolinia. Szynka w maleńkich i długich paseczkach jak dobre nuty. Wszystko z czego sklecony był zeszły tydzień zamknęło się jak wieko pustej trumny. Spowalniaczem jednak okazało się tortellini. Południowe, włoskie, beztroskie tortellini z borowikami splecionymi szynką wędzoną i skrojoną na wąskie paseczki. Zamówiłem.

Cappuccino z dobrego włoskiego ekspresu z dużą pianką. Białą i wolną od politycznych kalkulacji. Tortellini dość szybko pojawiło się na stole. Na przeciwko jacyś Anglicy pili obrzydliwe Fog – coś tam – dog. Zamówili niezłą zupę. Podglądałem tylko trochę.

Spowalniacz czasu – moje tortellini z sosem borowikowym i wędzoną szynką. Gapili od razu ci z nad Tamizy. Jestem pewien, że zazdrościli. Byłem dumny. Obok leżała napoczęta „Mądrość nieuciekania”. Troszkę tylko ta niedopita kawa nie pasowała do włoskich pierożków jak piękne dzwoneczki. Ale tam. Spowalniacz czasu, słońce, św. Józef i ja.

Talerz biały. Jak spodek domniemanego ufo Denikena. Obrzeża duże, skrzydlaste. Tego tortellini w środku talerza jak kończącego się fantastycznego snu. Wydawało się za mało. Najpierw zabrakło aromatu, ale po pierwszym kęsie smak oddał sprawiedliwość wydanym pieniądzom i nadziei na zatrzymanie się chwili, na zabicie czasu. Pierożków niedużych jak muszle małych ślimaków okazało się w głębokim białym talerzu całkiem sporo. Między nimi kawałki smacznych lekko podduszonych prawdziwków. Do rozeznania szynki wędzonej bez użycia karty dań dochodziłbym długo.

W „Mądrości nieuciekania” przeczytałem na okładce, że: „Brak równowagi, stan „poza” i pomiędzy to sytuacja idealna: nie dając się uwikłać, możemy zachować otwartość umysłu i serca wobec rzeczywistości”. Zerknąłem na tortellini – mój sobotni spowalniacz czasu – wszystko się zgodziło... smakowało mi.

Jacek Polak

   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas