"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 33    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Takie niedzielne ''karpiowanie''

20.03.2008

 

I po co się zastrzegać, że jedzenia nie będzie? Co oko zobaczy, podniebienie zapragnie. Taka banalna u mnie prawda. Sprawiedliwe i odważne postanowienie kolejny raz w minioną niedzielę legło rozkosznie - i dość szybko - w gruzach słabej woli. Ileż ja mam szacunku do tej swojej słabej woli. Kiedy tylko zapachniało wędzonym było wiadomo, że sprawiedliwość znów weźmie górę nad dietetyczną hipokryzją. W zamiarze zapisane było skromnie i pracowicie – piękny i szlachetny finał scrabbli. Zdjęcia i materiał do tekstu. Żadne tam jedzenie.

Scrabble miały być – i były - oczywiście w Graboszycach – tam gdzie zwykle, na „odległość” kilku litrów benzyny. Jeździmy tam chętnie. Nikt się specjalnie nie wzbrania przed taką wycieczką. Twarze mimo, że z całej Polski – w związku z tym, że z tego samego „filmu” - już w zeszłym roku były całkiem znajome. Powiedzmy to, że Graboszyce odległe na 24 kilometry od Oświęcimia, nie są celem trudnym do osiągnięcia. Ani rowerem, ani nawet średnioszybkim samochodem. Zwłaszcza w niedziele. Nawet jeśli aura światłem ponura.

Karpiowy turniej „w literki”.

Scrabble w Dolinie Karpia. Wijące się białe kostki po zielonych planszach i niewidocznych planszowych korytarzach. Przeszło 50 ludzi pochylonych w skupieniu nad stołem pełnym literowego bogactwa. Jakby wolni od łaknienia i pragnienia. Beznadziejnie pozbawieni tego kluczowego popędu.

Nad wszystkim zaś jegomość karp. Biorąc świadomie pod swój patronat ogólnopolskie wysilanie mózgu, zawisł nad wszystkim, malując przy tym w przyszłym herbie Doliny Karpia kostkę scrabbli w pierwszym planie. Ona sama jak smaczna, słodka kostka cukru. Do dobrej kawy. Przy tym słońce dość przyzwoicie zaglądało na salę scrabblowego karpiowania.

Prawie na „wylocie” pochwycono nas za żołądki pełne szybkich skojarzeń, kiedy padła propozycja wędzonego. Jegomościa karpia. Mimo, że głowy były już w Oświęcimiu, żołądki rozsiadły się przy stole. No i trzeba było zostać. Wędzony zapowiedziany na talerzach miał lada chwila okazać swoją łaskę naszym podniebieniom.

Już tylko samym zapachem jegomość karp nas opętał. W łakomstwie i beznadziejnie fantastycznej łapczywości, bez zastanowienia odstąpiłem od sięgnięcia do przydziałowych dwóch widelców. Postawiłem bezpretensjonalnie na jednego widelca i gołe palce drugiej ręki. Karp uległszy kolorom z wędzaka, brązowił się na talerzu, zapowiadając na każdy sposób, że magia smaku i zapachu uczyni z nas w tym dniu najbardziej zadowolonych w Małopolsce niescrabblujących z karpiami.

Czy to był karpiowy łosoś, czy też karp łososiowy? Szlachetniejszy od całego rybnego możnowładztwa? Jakże bosko słony, z aromatem pełnym wędzonej poezji. Jeśli sól może się gdzieś odnaleźć w swojej doskonałości to właśnie w wilgotnym, nietłustym, kruchym jegomościu. Król stawów przemówił do nas z talerza magią niemdłości, czarem peklowanej troski. Był postawiony w kulinarnym kontrapunkcie do surówki skropionej świeżą oliwą z oliwek. Po prostu poezja smaku.

Wreszcie zrozumiałem sens scrabbli, tak długo skrywany w graboszyckim wędzaku gospodarza „Karpika”. Smakowało mi...



Jacek Polak

   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas