"Miłość: chwilowe obłąkanie, na które lekarstwem jest małżeństwo" (Ambrose Bierce)
Gości on-line: 26    
 
  29 marca 2017 - wschód: 6:27, zachód: 19:09
  Imieniny obchodzą: Wiktoryna, Cyryl, Eustachy
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Na paragonie inaczej

12.04.2008

 

Stanął jak słup. Jak pachołek. Okrutnie brzydki Amerykanin, albo jakiś Angol. Chudy, wyblakły, doodziany w wytarty dżins. Przywarł do lady, na której postawiono dwa talerze. To była jakaś pizza. A on był raczej całkiem łysy. To pamiętam dobrze. I uzupełniał brak włosów ostro przystrzyżoną bródką. Ale nie równoważyło się. Glaca święciła bardziej niż broda się czerniła. Dobrze, że nie miał zasobów dających szanse na czesanie się na „pożyczonego”. Spod brwi wyzierały mu dość mętne, z takim bardziej pobrowarowym wejrzeniem, oczy pełne nieprzytomności. Zakupił pepsi. W standardowo ordynarnej plastikowej butelce. Bez pretensji do jakiegoś smaku. Beznadziejnie plastikowa butelka zakręcana, z półlitrową zawartością odrdzewiacza.

Kiedyś. Jak wrzód w dotkliwym miejscu - stał na cokole w centralnym miejscu Placu Centralnego.Też łysy z brodą. Włodzimierz Uljanow. Taki jeden ze wschodu. Bolszy on był.

I poniosło mnie tam dzisiaj. Na ten Centralny. Poprzez spaliny i korki wbite w krakowski pejzaż. To, że jego już tam nie ma dawno - doskonale wiedziałem. Sprawiedliwi i poszkodowani wyczyścili troskliwie historię.

Ciekawe, że nie zburzyli wszystkich budynków zbudowanych czynem społecznym dzielnych brygad Służby Polsce i Ochotniczych Hufców Pracy. Mogli też z powodzeniem z podręczników wyczyścić ten fakt, który przypomina decyzje, po których tysiące młodych chłopaków osierociły swoje rodziny w listopadowym porywie. Mogli wymazać generała Zajączka i księcia Ramorino.

Pamiętam jak mu złośliwi ładunkiem wybuchowym, w epoce wystraszonych sekretarzy, urwali kawałek spiżowego buta. Twarz miał - i przed i po - jednak niewzruszoną, ze spiżową łysiną. Cienia bólu, ani śladu grymasu. Wokół piękne róże na klombach. Na Alei Róż. Za zakrętem był sklep z instrumentami. Zawsze zasobny. Pełen komunistycznej łaskawości. Zasobny w niegroźne akcesoria do robienia dźwięku. Na chwałę „Kapitału” - marksistowskiego. Tylko tam można było kupić nylonowe struny marki Presto - do klasycznej gitary. Przy samym Placu była fantastyczna księgarnia. Także zasobna. Ceramowską serią odebrała mi chyba pieniądze na dwa Fiaty 126 p. I sklep z instrumentami się ostał po 20 latach, szczęśliwie ostała się również księgarnia. Na znak przymierza z historią i w hołdzie własnej biografii wydałem dzisiaj - dobrym i ulubionym zwyczajem - kilkadziesiąt złotych na książki. Czas między cudnie zadrukowanym i kolorowym papierem - jak kiedyś - znów popłynął szybko. Godzina między książkami jest dla mnie jak akcja hokejowa w lidze NHL. Poczytam po powrocie do domu Ritzera „Makdonaldyzację społeczeństwa” i „Kodeks pracy w diagramach”.

Okrągłe 20 lat jak mnie tu nie było. Zagrała sobie nuta nostalgii, na moim nosie, portfelu i podniebieniu. Bo przecież po wrażeniach z Placu Centralnego przycupnąłem w jakimś lokalu. Żeby zassać refleksji z dzbanka pełnego herbaty.

Angol-Amerykanin poszedł do swojej brzydkiej towarzyszki. Może raczej – „ładnej inaczej”. Ci delikatni mówią - rzecz gustu, ale Polką to ona na pewno nie była. Zajęli centralne miejsce, na podwyższeniu, w pełnym świetle nowohuckiego słońca, przy stoliku, na którym postawili dwie butelki pepsi. Ona pewnie kupiła sobie sama. W ramach zachodnioeuropejskiego, albo nawet amerykańskiego równouprawnienia.

Wcześniej jednak wyciągnąłem poprzez niego, łysego brzydala, dość paskudną kartę dań, powleczoną wodoodporną folią. Tego co oferowali było dużo. Niemal wszystko wołało się z włoska. O pizzy mowy nie było. Refleksja nad Włodzimierzem musiała skończyć się czymś innym. Oczywiście wygapiłem wszystkie ceny. Osiągnąłem wstępny consensus z portfelem i dobrze brzmiące Rigatoni miało być dodatkiem do dzbanka liptona z cytryną. Rigatoni wpisane było w zakładce – makarony. Zastanowiłem się, czy Uljanow jadał kiedykolwiek makaron – nie w zupie? Czy oni tam, nad Wołgą jadali dobry makaron? I jakiego koloru?

Młoda piegowata, zabiedzona nieco, przyjmująca zamówienia, na odwrocie paragonu wypisała mi liczbę 54. Zgodnie z zasadami numerologii – moja potrawa miała być numerologiczną 9-tką. Ciekawe co na to numerologia? Może np. Uljanow był numerologiczną 9-tką? To byłaby metafizyka przy liptonie. No ale, liptona zamoczyłem w dzbanku i zabrałem się za lekturę. Przeczytałem niemal od razu, że: „Bary szybkich dań odgrywają także rolę symboli w programach telewizyjnych i filmach”.

Na wyświetlaczu podobnym do tego z Poczty Głównej w Krakowie zajarzyło numerologiczne 9, czyli 54. Szybko doniosłem sobie na stanowisko do refleksji, na głębokiej porcelitowej elipsie, coś całkiem ładnego. Makaron ewidentnie przyprószony sowitą ilością startego sera, chował się choć mało skromnie. Miejscami w kompozycji ujawniał się także drobno pokrojony boczek. Zielona brokuła w dominancie z miętą kontrastowała nieskromnie.

Całość przelana ładnym kremowym sosem śmietanowym. Zanim widelcem i nożem sięgnąłem do tego kopczyka z miętą na czubku, zerknąłem jeszcze wokół, upewniając się, że duża ilość ludzi wokół świadczy o tym, że w tym lokalu na pewno jedzenie jest dobre.

Sos śmietanowy rozstrzygnął moje obawy. Może nawet lęki. Eh. Podniebienie przesłało szybko do portfela telepatyczne zadowolenie. Miękka brokuła, dość wodnista i lekko słona nie zabrzmiała fałszywą nutą przy dobrze wędzonym i podrumienionym boczku. Sos śmietanowy jednak decydował o wszystkim. Był jak moderator dobrej, kulinarnej debaty. Łączył, wyróżniał, chwalił. W smacznej zmiksowanej śmietanie, konweniującej z serem, boczkiem i brokułami zawierała się łagodność. Kapitalistyczna, niemarksistowska łagodność. Angolowi donieśli do tej pepsi oczywiście prostą pizzę. Te amerykańskie Angole i angolskie Amerykańce kompletnie nie czują potrzeby znalezienia rewolucyjnych smaków Placu Centralnego. A ja zatopiony w smakach zobaczyłem, że to Rigatoni z karty, na paragonie nazywało się Penne. I znów poczułem się jak w tych „dobrych czasach” Co innego w karcie dań, co innego na paragonie. Co ja właściwie zamówiłem? Nie wiem, ale smakowało mi...

Jacek Polak

   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas