"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli ukłon z ręką na piersi...

12.06.2004

 

W Krakowie. Oddać się ludycznym upodobaniom. Popaść w kontrolowany hedonizm. Kontrolowany finansowo oczywiście.

Jak wiadomo, pułapek rozkoszności wokół samego tylko Rynku Głównego, wiele. Jemy i pijemy. Smacznie i wykwintnie. Tak chcemy. Takie plany. Więc...? Drogo, ale najlepiej..., a co? Dalej!!

Kroczymy pod numer 19. Napis wywołuje dreszcz. Wentzl. Smakosze z zasobnymi portfelami już wiedzą, o co chodzi. Schody. Lekko skrzypią pod barwnym chodnikiem. Śliczna towarzyszka kroczy nieco z przodu. Młoda dama odbiera nasze płaszcze i chowa do fantastycznej szafy. Prowadzą na sale. Zerkamy na siebie. Uśmiech jest mimowolny. Wywołuje go otoczenie i wspaniałe zapachy.

Siadamy przy stoliku. Z rachunku wiem, że numer 40. Kelnerzy w szarych surdutach. prawie nieobecni, ale czujni. Dyskretni. Podchodzi jeden. Ukłon z ręką na piersi. Pierwsze grzeczności. Teatralnie. Słowo od Gospodarza Kuchni. Przyszedł przywitać. Wręczył karty potraw. Niemal wierszem recytuje koleje pozycje. Wskazuje walory. Pyta i obdarowuje czarującym uśmiechem. Prosimy o wsparcie. Dotykam ręką dłoń mojej ślicznej partnerki.

"Państwo pozwolą, że dam przez kilka minut pomyśleć, będę czujnie w pobliżu..." - kłania się w pas. Ręka oczywiście, teatralnie, na piersi. - "Dziękuję bardzo" - dodaje kuchmistrz.

Blask świecy zagląda w nasze oczarowane oczy. Delikatna muzyka ćmi. Ileż wspaniałości w tej karcie. Trudny wybór.

Czytam... Zupy. Zerkam na moją śliczną Damę... "capuccino z karczochów" - nieźle. Karczochy. Coś kiedyś słyszałem, może nawet czytałem. Zupa capuccino. Nie kawa. Oczekuję na moją partnerkę. Uśmiecha się. Znaczy capuccino.

Nagle wraca Kuchmistrz. Ukłon. Wiadomo..., ręka na piersi. Grzeczne - "przepraszam bardzo, poczęstunek od gospodarza kuchni - pasztet z wątróbek wieprzowych". Zrobiło się jeszcze milej. Wymieniono wina. Znów trudny wybór.

Najpierw wskazaliśmy capuccino z karczochów. Pan w surducie ukłonił się ponownie. - "wspaniały wybór, gratuluję państwu, dziękuję bardzo"- znów popadł w grzeczność... człowiek w surducie. Wybór padł na polędwiczki wieprzowe. Twarz gospodarza kuchni znów zajaśniała. Nastąpiła wspaniała oracja. Poezja. Mowa wiązana. Doradził wino. Wytrawny Pendeles Marlot. Czerwony. Na dno kieliszków. Na próbę. Uważnie śledził usta i oczy mojej pięknej Damy. Skinęła głową. - "Wspaniały wybór, drodzy państwo." Potem anegdota. Nalał wino. My kończyliśmy pasztet.
Zniknął.

Capuccino. Zupa krem. Łagodna, nieco zawiesista. Pełna różnych aromatów. Obok w kieliszku dodatkowa porcja karczochów. Karczochy jak skwareczki. wspaniałe. Osiągaliśmy kulinarne siódme niebo. Dyskretnie przemykając Szef Kuchni dostrzegł, że capuccino zjedzone. Znów zapytał o wrażenia, podziękował, ukłon z ręką... W chwilę potem przyniesiono najwspanialsze polędwiczki. Estetyczne ułożenie na talerzu, aromatyczny sos, umajone listkami brokuł... Po prostu bajka. Wino wytrawne doskonale łamało wszelkie smaki.

Rozmowa układała nam się cudownie. Kęsy polędwiczek wprawiały nas w błogostan. Na koniec szef przyszedł z księgą wpisów. Poprosił o recenzję potraw. Podziękował. Ręka z ukłonem... Poprosił o wpis...

Wychodziliśmy pełni wrażeń i sytości. O cenę nie pytajcie. Warto było. Nasze Serduszka coś sobie śpiewały...

Jacek Polak
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas