"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli chińska ryba ...

07.08.2005

 

Popołudnie i wieczór były takie jak chińska ryba ...

Karty z menu czytam w restauracjach dość nerwowo. Może nawet za bardzo. Tak zawsze człowiek marzył o tym, żeby mieć wybór. No to wreszcie dzisiaj wybór ma ... ale i emocje jak na Służewcu kiedy bomba idzie w górę. Dobrze zainwestować zawartość swojego portfelika w podniebienie i żołądek nie jest wcale taką sprawą prostą i banalną.

To już wszyscy zaobserwowali w podróżach po knajpach i restauracjach, że liczba stron w kartach dań wzrosła do rozmiarów niezłej noweli, a może nawet opowiadania z "Nowej Fantastyki".

No i dobrze. Od niepamiętnych już dzisiaj czasów dominacji "ruskich" w spółdzielczym barze, zmieniło się na tyle, że współcznynnik snobizmu podniósł się nawet tym co od zawsze byli uzależnieni od schabowego i mielonego z buraczkami. Ja nigdy za schabowym i mielonym nie przepadałem więc u mnie odwyku prawie nie było.

Nauczyliśmy się chyba błyskawicznie rozpoznawać miejsca dobrego smaku i wykwintności. Choć niestety takich - tu wspólnie westchnijmy i poubolewajmy - właśnie w okolicach Oświęcimia niezbyt wiele. A jaka szkoda, bo przecież coraz cześciej bez żalu patrzymy jak nasze pieniążki "giną" w otchłani kelnerskiego kitla.

Przychodzi więc taki moment kiedy mamy ostatecznie wygodne lokum w restauracji, kiedy po ustaleniu równowagi między walorami w portmonetce, a wartością w złotych wskazującą na możliwy i rychły dostęp do wybranej potrawy, rozpoczynamy przywoływanie kelnera, albo kelnerki. Mogę tylko bezgłośnie podejrzewać dlaczego ja wolę kelnerki, ale nie przesądzam sprawy.

Tym razem okazuje się, że kelner nie powłóczy, nie cwałuje, ale idzie dość pewnie i zabawnie. Można się poczuć bardziej bezpiecznie skoro obsługa dysponuje cywilizowanymi manierami. Mięśnie brzucha i łydek uwalniamy od napięcia. Średnio przystojny "Ober", ale uśmiechnięty i zgrabny w ruchach, miły w swoim "słucham państwa" rozpoczyna z nami to co od niedawna dość nawet polubiliśmy - "śledztwo" w sprawie odszukania dobrej potrawy. Wzrok utrzymujemy w kontakcie i wymieniamy uśmiechy, a to dobrze jakoś wróży, więc padają pierwsze pytania. To moment niezwykle ważny, bo skutkiem skutkiem dobrego lub złego wyboru może być naznaczone całe popołudnie, wieczór a może nawet noc dla niektórych aktywnych i pamiętliwych.

Na początek pada z chińska brzmiące słowa "Panga" , a podejrzenia nasze błyskawicznie się potwierdzają, że rzecz kręci się blisko jakiejś ryby. Z aprobatą kelner potakuje głową przyznając nam w przeciąganych i flegmatycznych frazach wyjaśnień rację dobrego wyboru.

Niemożliwe. Pierwszy strzał i już trafiony? Staram się jednak znaleźć słabości tego wyboru. A gdzie wątpliwości, gdzie roztargnienie? Tak po prostu? Ciekawość słowa zapisanego w menu od razu przywiodła nas do oryginalnej, egzotycznej i smacznej potrawy? W dodatku spełniającej także oczekiwania naszego portfela? Być nie może. W żadnym wypadku nie zgadzam się na urzędowe załatwienie sprawy.

Akcja rozwija się jednak coraz szybciej i nie po mojej myśli. Karty dań niemal odłożone. Kelner mówi dalej, że ciasto biszkoptowe doskonale wiąże i ukrywa soczyste mięso z Chińskiego Morza. No nie! Patrzę z niedowierzaniem głęboko w oczy osoby towarzyszącej. To piękne i mądre oczy. Żeby choć cień wątpliwości w spojrzeniu pięknych źrenic. Żeby chociaż przedłużyć to co lubimy, żeby sprawdzić cierpliwość obsługi, troszkę może poirytować niezdecydowaniem. Przecież tam w menu jest jeszcze dziesiątki innych ciekawych dań, może smaczniejszych, wykwintniejszych, ... tańszych...? Nie! Tak nie pomyślałem. Przestałem beznadziejnie przeliczać przyjemności na gotówkę. Jak dobre to płace i cieszę się.

A tu ciasto biszkoptowe i soczyste mięso z chińskiej wody. Wiadomo, że do tego surówka jakaś bogata w różne liście i owoce i kulki opiekanych ziemniaków. Nie zapamiętałem jakie te owoce, a to błąd bo może potem udałoby się w zaciszu domowym zrobić kulinarne ksero.

Zobaczyłem, że moje rozczarowanie nie ma sensu. Kelner poszedł gdzieś w cień w kontrolowaną nieobecność. Czas oczekiwania na kulinarną przygodę wypełniliśmy rozmową i może nawet jakimiś czułościami, tak by nieco uzupełnić smak pełnowartowściowego soku z czarnej porzeczki.

Nerwowy robię się wyjątkowo kiedy zastawa ze sztućcami jest przynoszona i kiedy spodziewając się szybkiego podania oczekiwanej potrawy, doświadczam jeszcze długich kilkunastu minut zwłoki. Tak było tym razem. Z drugiej strony lubię to czekanie. Wszystkie zmysły wyostrzają się, a rozmowy z Miłym Otoczeniem zdarzają się przeto być bardziej pikantne, bo wtedy głód przychodzi ... wiecie ... każdy głód. Słów, czułości, sympatii i dobrego żartu.

Wreszcie panga staje z półmiskami przed nami. Pachnie, że eh! Nóż do prawej widelec do lewej, żeby było ok. Ciach po tym cieście biszkoptowym, w nim przecież schowała się ta panga. Do ust i już. Stało się. Od podniebienia do żołądka i z powrotem, potem dalej, chyba do mózgu, do centrum zadowolenia, poleciał impuls. Znam go i wiem co on oznacza. Ale majestatycznie, bez pośpiechu następne cięcie, po cieście i następny kęs tego co faktycznie miało być i jest soczyste. Mięso tego chińskiego rybska bajecznie dobre i takie na moje rozeznanie raz jeszcze lepsze choć podobne w smaku do łososia. Nie zapominamy o ziemniaczku opieczonym, który jakimś wielkim zaskoczeniem smakowym nie jest i novum w codziennym menu, ale komponuje się bardzo dobrze z mieszkańcem wody chińskiej. Czarna porzeczka jednak nie bardzo do tego mięsa. To od razu mówię. Jakiś lżejszy napój do tego. Delikatniejszy koniecznie, bez tych cierpkich "frakcji". Moje "towarzystwo" nie zachowało taktownej prędkości w spożywaniu biszkopta z pyszną zawartością. Mięso delikatne, lekko tylko osolone, kruche i wilgotne. Owoce i zielenina najróżniejsza dobrze skropiona oliwką i chyba jeszcze czymś, ale w to już nie wnikałem. Raczej mineralna byłaby dobra, może lekko gazowana i z odrobiną cytryny.

Popołudnie, wieczór ... były takie jak panga...

Jacek Polak
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas