"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli o kuchennych czakramach

04.10.2005

 

To był ten jeden z chłodnych, aczkolwiek niedeszczowych weekendów września. Przyjaciółka z Berlina, znająca wiele polskich zakątków różnego kalibru, tym razem wycelowała w Kazimierz Dolny. No, cóż, dzień wcześniej nauczyła mnie niemieckiej piosenki '' Zigeunerjunge'', więc byłam w nastroju do włóczęgi.

Przychodzi kiedyś u człowieka taki wiek, gdy zaczyna się zwiedzać nowe miejsca metodą ''od knajpy do knajpy''. Zwłaszcza, jeśli aura nietęga, a depresja jesienna mieczem Damoklesa wśród chmur zawisła i zaraz spadnie, wraz z ciśnieniem, na moją głowę.

A więc - pomiędzy kawiarniami - Kazimierz: prowincja, gdzie można usłyszeć obcą mowę. Weekendowi turyści z kraju i zagranicy docierają. Przez całą sobotę ciągle i wszędzie trafia się na tych samych: to nad Wisłą, gdzie nikt nie ma już ochoty na rejs statkiem Wikingów; w ruinach zamku króla Kazimierza, na wydeptanej Górze Krzyżowej, w ''anielskich'' galeriach. Anioły zaczynają powoli działać mi na nerwy. Ta naiwna ikona ze skrzydełkami, mniej lub bardziej upozowaną na uduchowienie twarzyczką, w wersji ''do pokoiku dziecięcego'', Młoda Polska lub witrażyk; ten totem ateistów New Age, infantylizm wcielony w drewnie, metalu, szkle, wacie - w kazimierskich galeriach jednych przytłacza, innych - nastraja pseudometafizycznie, jeszcze innych leczy z tak rozpowszechnionego dziś zbieractwa tej sprzedajnej gawiedzi stróżów duszyczek. Los Angeles. Pod tą szarańczą gubią się gdzieś fajne obrazy. Słyszałam tylko jedną rozmowę o sztuce pędzla...A przecież jesteśmy w Mekce malarzy.

Zmarznięte i zdegustowane lokalami w centrum miasteczka, oferującymi bardzo przeciętne interiory, mało oryginalne dania, wszędobylską, aczkolwiek nie od razu zauważalną, taką zawstydzoną troszkę tabliczkę ''Samoobsługa'' oraz cappuccino, na którego widok muchy topią sie w nim z rozpaczy - wyprawiłyśmy się w jedną z tych bocznych uliczek, obstawioną domami oferującymi pokoje do wynajęcia. Ach, jakie złudne jest poczucie wędrowania bez celu...

W przeciwieństwie do niemieckiego, reaguję na francuski. I widzę na horyzoncie kilka liter: CREPES. Z moich doświadczeń wynika, że naleśniki to międzynarodowy przysmak. Zwłaszcza wśród kobiet. Rzadko która się oprze. Ja preferuję nie na słodko - raczej bliny z kurczakiem, łososiem lub kawiorem.

Z wierzchu - nieszczególnie. Budynek podobny do okolicznych domów. Ale prawda jest taka, że nowe tenisówki Reebok strugają mi piętę tak boleśnie, że nawet jak tu dają tylko naleśniki z jagodami i bitą śmietaną, to ja chętnie posiedzę.
Wchodzimy jakoś tak przez kuchnię. Właściwie mam wrażenie, że ta tabliczka informacyjna na zewnątrz to jakaś pomyłka. Ale od kuchni zawsze bije ciepło, błogość i poczucie bezpieczeństwa, więc mnie wciąga. Zwłaszcza, że młode kelnerki z matczynym uśmiechem na twarzy tak miło zapraszają.

A w środku - tylko dwa nieduże pomieszczenia. Ciepła żółć na ścianach, kaflowy piec, kuchenna lampa. Ale światła dostarczają tylko świece - kapiące na butelki z wina, tlące się jasno i pewnie w stojących w rogach izby świecznikach. Zaledwie pięć stołów. Siadamy przy tym największym. W malutkim oknie - przytulne zasłonki. Zamiast muzyki - tykanie zegara. Rozmowy pozostałych gości - jakieś wyciszone. A na ścianach - duże grafiki z winnicami z okolic Rousillonu. Czakram zakopany pod tym wiejskim domem już na mnie działa. Bo tu jest jak w czasach mojego dzieciństwa, w kuchni u mojej babci na wsi: jeden solidny stół, wielopokoleniowa rodzina, radość bycia dla siebie, zaspokojony głód żołądka i głód miłości.

Na początek nie będzie francuskiego wina. W takim wspomnieniowym nastroju zaczynam od herbaty, której dostaję cały czajnik. (Acha! Nie ma samoobsługi!)

Pierwszy raz czekam na zamówione danie i chcę, by to trwało jak najdłużej. I mam! Naleśnik z mąki gryczanej. Ciasto koloru ecru z ciemnymi kropeczkami. Ogromny, o lekko podwiniętych z czterech stron brzegach. U Andrei środek wypełniony zapieczonym szpinakiem z jajkiem. Żółte słońce zanurzone w zieleni smaku. U mnie - mniej wegetariańsko i większy barok: salami , kapary, oliwki, ser. A wszystko takie cieniutkie, delikatne, dyskretne. En francais. Włoska pizza to ordynarne, grube babsko przy tych koronkach. Jestem ukontentowana, bo zwykle narzekam na obfitość porcji. Tu pod względem ilości jest w sam raz. Tylko... smakuję ten naleśnik powoli, Zaczynając tęsknić, że za godzinę mnie tu nie będzie. Obgadujemy ważne sprawy, te dobre sprawy, które dotyczą mężów, dzieci, przyjaciół...

Ciekawe, który z tych namolnych, kazimierskich aniołów nas tu zawiódł?

Zmierzcha. Wychodzimy tylko dlatego, że w kultowym pubie ''U fryzjera'' jest koncert klezmerów. Andrea... zaczarowana.

Małgorzata Gwóźdź
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas