"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli sytość i zadowolenie bez nazwy

21.01.2006

 

Jak tu nie pamiętać nazwy TEGO co się zjadło? I zapłaciło i zjadło ze smakiem. No można - niestety. Tak właśnie tym razem było – i jest, że nazwy nie pamiętam. No nie pamiętam. Wiem, że nie uwierzycie, ale klnę się na pamięć błogich zapachów – TEGO co jadłem – że tej włoskiej nazwy już nie odtworzę. Bez karty dań ani rusz. Przykro mi. Suplementu do tej kulinarnej historii nie napiszę i nazwy „owości” smacznej też nie wyjawię. Za to wszystko inne z dokładnością do każdego ruchu łyżką, widelcem, pomnę w detalach. I o tym będzie! O tym będzie!

Oprócz łyżki i widelca pobłyskiwał też nóż położony w wiklinowym koszyku, obok innej „broni białej”, ale nie bardzo znalazłem potem, w czasie radosnej „delekty”, uzasadnienie niegłupiego jego użycia. Więc jemu uwagi dzisiaj nie poświęcę. Bo bohaterem w moich rękach nie był, jak scyzoryk w rękach literackiego zabijaki.

Co by nie napisać, to koszyk wiklinowy, przybyły na stół daleko wcześniej przed potrawą, to taki wyrafinowany falstart, który wywołuje absolutną apopleksję żołądka i podniebienia.

Nieznośne czekanie na zapach i na smak. Eh! Upiorna walka z własną podświadomością, która posłuszna dziadkowi Pawłowowi gotowa zabić w człowieku resztki zimowej logiki, tak bardzo wtulonej w najcieplejsze zakamarki, zimowo skutego mrozem, mózgu.

Tak więc łyżka ponad wszystko. Widelec, też jakby mniej potrzebny. Z lekka mnie absorbował i lekko peszył, że nie podołałem racjonalnie i w dobrej konwencji – z włoskim kunsztem (potrawa włoska) użyć go stosownie do okoliczności. On też chyba czysty wrócił do kuchni, czy na myjkę. Widelca nie zastosowałem.

No i dalej. Szeroka patera, na niej kamionkowy „rondelek” w środku „specjalitet”. Było to męskie jedzenie. W męskim gronie znaczy. Ale pomaleńku! Do jedzenia jeszcze było daleko, dlatego - po kolei i do rzeczy.

Tym razem w sześć oczu. Męskie patrzenie, badawcze i informacyjne. Z przenikliwości rozbrojone restauracyjną scenografią, porą dnia, ciekawością rozmowy i jedzenia. Lubią faceci jeść mocno i dużo, a ostatnio nawet – dobrze i smacznie (to wpisujemy w zestaw dogmatów). Demon socjalistycznej fasolki już prawie mnie opuścił, a po zamówieniach współbiesiadników zauważyłem, że też już są chyba wolni od obsesyjnego myślenia o skrobi utopionej w pomidorowym sosie.

Zatem przygoda apetyczna, zimowa całkiem i oświęcimska, nieodległa, kulinarny rarytas, początek wzięła od lektury karty dań w stylowej restauracji. To banalne wyznanie, ale jak przy każdym kolejnym podejściu sybaryty, do czynności życiowo arcyistotnej – ekscytujące. Zgódźmy się już, że szczegółów logistycznych aż nadto, więc tu wątek z topografii miasta się kończy , a zazdrośni niech postarają się Doyle`a prześcignąć, by trafić w ten zapach i smak, w Oświęcimiu.

To coś mogło być z mięsem lub bez. Mój żołądek nie wybaczyłby mi wszak, gdybym o 20:00 połknął wysokobiałkową treść. To coś musiało być bez mięsa.

Zielone, gotowane niepomidory. Czyli zielone gotowane brokuły. Gotowane na parze. Utopione w pomidorowo-serowym związku. Czeluść gęsta, poddająca się łyżce, dość ciągliwa. Skonstruowana z pomidora, parmezanu i mozzarelli. Tak na oko, koloru jednolitego pomidorowego. Gorącość powietrza unosząca aromatyczne związki tego aliansu zapachów i smaków. Chwila dylematów przy doborze ostrego lub obłego przedłużenia ręki i dotkliwa tylko przez chwilę - refleksja, że człowiek nadal niedouczony w magii stosowania sztućców.

Mieliśmy przy tym jedzeniu gadać. Całość przecież tak została wymyślona, że jedzenie to będzie dodatek, pretekst jakiś – dyplomatycznotowarzyski. Że będę jednak jadł z zapamiętaniem i że napiszę o tym owych kilka zdań, stało się jasne natychmiast jak brokuły postawiono mi na stole. To był „Impulse”. Dla jasności dodam, że rozmawialiśmy bardzo zajmująco, a cieplej i dowcipniej było w miarę częstszego sięgania do kamionkowego „rondelka”.

Kruche brokuły gotowane, obciekające sosem i ubrane w roztopiony ser smakują wybornie. Same w sobie neutralne w smaku, może troszkę słodkie, ale wilgotne. Technologiczny wybór łyżki do spożywania brokuł był trafiony. Bo sos choć ciągły dał się z każdym razem nabierać z porcjowaną zieloną brokułą. Roztopiony ser, esencja włoskiej filozofii jedzenia, plastyczne połączenie twardszej mozzarelli z żółtym parmezanem, pozwalał na dystyngowane, całkiem nawet estetyczne nabieranie tego miksu.

Mówiliśmy o sile internetu, o społeczeństwie obywatelskim, otwartym, o nowej metodzie reportażu. O reportażu zbiorowym.

W kamionkowym rondelku-półmisku wszystko co było zapłacone i co miało legnąć rozkoszą na dnie mojego zadowolonego żołądka, do samego końca utrzymywało odpowiednią „ciepłotę”. Nie stygło ohydnie i smakowało w związku z tym, tak z ostatnią łyżką – jak z pierwszą – identycznie. I mimo tego, że podniebienie bodźcowałem wielokrotnie smakiem brokuł, dzieląc porcję na wiele „sprawnych” łyżek, zaczynając i kończąc, z upodobaniem odczuwałem smak i aromat TEGO CZEGOŚ.

Jacek Polak

   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas