"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 33    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Niby... szarlotka

03.05.2006

 

Komunikacja nasza samochodowa... Jazda prędka i nieprędka. Droga, czasami zakorkowana, albo naznaczona jednym wielkim łamaniem przepisów. Nasza motoryzacyjna golgota. Spektakl drogowych wymuszeń i złorzeczeń. Ruch samochodowy, dziury w drogach. To wszystko zabija we mnie skłonność do myślenia o dobrym jedzeniu, ale nie zabija ssania w żołądku. Sygnały, że głód jest, albo potrzeba dogodzenia podniebieniu, są jednako jednostajnie przyspieszone. Albo nawet constans.

Na ogół potrzeba mi dobrych kilkudziesięciu minut, żeby po walce o życie na polskiej drodze, wszystkie nawyki, skłonności lepsze i gorsze wróciły na swoje miejsce, i żeby cały rój brzydkich "niekościelnych", "motoryzacyjnych" słów, rozpłynął się w potrzebie dobrego jedzenia i picia.

Domyślacie się, że wstęp przewrotnie zapowiada moje zaskoczenie kulinarne - właśnie, w "drodze".

Jakąś tam miarą naszego polskiego cywilizacyjnego rozwoju są, powstające jak grzyby po deszczu, przydrożne knajpy, karczmy, restauracje, motele i takie tam inne jadłodajnie.

Obszerne parkingi, dobre i komfortowe łazienki, stoliki na wolnym powietrzu, zacienione, zakrzaczone. Jakieś obok kuce, prawieżyrafy i lamy może plujące w bezpieczną stronę. Egzotyka, jadło jakbyregionalne, muzyka pomieszana, często dosyć irlandzka. Więc jest tak dość ekologicznie, zoologicznie, no i nieco kulinarnie, karczmianie, coraz bardziej konsumpcyjnie. Coraz mniej turystycznie – w tym gorszym rozumieniu.

Przyznajmy, że z tym jest coraz lepiej. Choć z pewnością, każdy przytomnie myślący kierowca, amator dobrego jedzenia, na wykwintne i w pełni smakowite jedzenie, w takich karczmach się nie nastawia. Nie wiem... ja się nie nastawiam.

Czuję się w takich miejscach nieco jakby w kasynie gry, gdzie wynik zamówienia jest wielką niewiadomą, a efekt konsumpcyjnej desperacji może być zgoła nieoczekiwany i zgoła w czasie niezaplanowany, żeby nie powiedzieć dramatycznie szybki. A jeśli jednak ktoś się nastawia na bajeczne potyczki z widelcem i nożem to jego sprawa. Należy mu wtedy pozwolić przeżywać te wszystkie jego rozczarowania. I pozytywne i negatywne.

Ja zostałem na przykład ostatnio ukarany przez los w jednej takiej knajpie w Zatorze, gdzie zawierzyłem karcie dań, gdzie napisano, że podaje się kawę Lavazzę. Zmyliła mnie tylko przez chwilę pewność kelnerki, kiedy pokerowo postawiła przede mną filiżankę tzw. kawy. I to wystarczyło, żeby łyknąć coś z rodzaju "gold" o nazwie "Lavazza". Zadziałało jak "nie" przy oświadczynach.

Ale miało być o tym, że mi smakowało, więc jak w amerykańskim filmie będzie "happy end". Smakowało mi. To nie koniec. Teraz będzie bardziej na temat. Na temat jedzenia ze smakiem.

W ładnie wyglądającej przydrożnej karczmie, naturalnie, odpowiednio wystylizowanej, drewnianej jak należy, z mieszaniną zapachów i uśmiechniętą obsługą zasiadłem. Sobie. Zasiadłem sobie. Z towarzystwem naturalnie, bo gdzie się włóczyć po przydrożnych karczmach samemu. Jakie towarzystwo nie napiszę, bo wtedy pryśnie czar pytań w rodzaju – z kim to byłeś i co żona na to...? A bardzo lubię, jak w zawieszonym niedomówieniu, kryje się odrobina sensacji, a skandal wisi w powietrzu...

Niech sumienie społeczne obrusza.

Natomiast ja siadłem do wdzięcznego talerza o nazwie "Tarta". Gdybym w tytule nie napisał, że chodzi o szarlotkę, to wielu takich niekoneserów szarlotki - jak ja - byłoby zmylonych. Do cna. Inna rzecz, że w karcie dań jest opisane co na tym talerzu będzie, ale że to jest po prostu szarlotka – nie. I dobrze. Znów coś po polsku. Informacyjna "niejasność". Pani w regionalnym kubraku mogła wyrecytować frazy o jabłku w cieście. Nieźle jej poszło. W nagrodę były uśmiechy i żarty na odchodnym.

Kamionka-talerz przede mną. Ta dam, ta dam. Zaczyna się.

Na talerzu spełnione jest jedno z moich dość osobliwych wyobrażeń o dobrym jedzeniu – jest kolorowo. Zielono, beżowo, biało, brązowo. Do koloru dochodzi zapach pieczonych jabłek. Też dobrze. Zapach zaraz po smaku najważniejszy.

Zanim to jabłko do ust, spojrzenie na towarzystwo... Jak zwykle. Jak umierać to wspólnie. Jak cieszyć się to razem.

Jakie towarzystwo? Nie powiem jakie... Nie powiem!!!

Uniesione brwi „towarzystwa” znaczą niepewność, ale ciekawość także. Ja mam tak samo i na talerzu i z emocjami. Więc łyżeczką w to zimne i ciepłe nużam i zaczynam kolejne "smakowało mi".

Całkiem zapomniałem, że ta karczmiana szarlotka była kulinarnym zjawiskiem w rodzaju – ciepło, zimno. Ciasto z jabłkiem, okraszone rodzynkami, polane śmietaną – całkiem bitą, czekoladą prawdziwie czekoladową, ale zaraz obok dwie gałki dobrych lodów beżowo-białych oraz zestaw owoców mocno w kawałeczki pokrojonych. Polane też tak chyba lekko jakimś słodkim syropem. Trochę się zupa zrobiła na talerzu. Na jej korzyść przemawiała słodycz różnorodna w "odcieniach" i zawartości "cukru w cukrze".

Powiało dylematem, co z tego zestawu elementów "tarty" nabrać najpierw. Zdecydowałem, że szarlotki samej w sobie nie lubię najbardziej, więc to może być najgorszy moment smakowania. Postanowiłem, że po tym jabłku w cieście, po takim kęsie, może już być tylko lepiej. Bo lody, bo rodzynki, bo polewa najczekoladowsza no i bita całkiem śmietana. A potem te polane syropem owoce, świeże jakby na rzut pierwszy prawego i lewego oka.

Ciepłe, może nawet przyjaźnie letnie, ciasto ubroczone tym jabłkiem. Lekkie dość, wilgotne i niegalaretowate niestosownie. W ustach szybko zamieniało się w słodko-kwaśną treść. Pomyślałem od razu, nie będąc znów znawcą jabłek, o gatunku tego "owoca", które stanowiło o nazwie ciasta i które w tym zamówieniu decydowało o tym, czy jeszcze kiedykolwiek zdecyduję się na taką karczmianą "deserową ruletkę".

Ciasto z jabłkiem zabrzmiało jak uwertura z "Czarodziejskiego fletu". Ananasy pokrojone w kosteczkę, plasterki kiwi, małe śliweczki w połówki wnosiły zdecydowanie nowe nuty do tego smakowego ambarasu. Nudy nie było podczas kolejnych "razów". Nie miałem nawet odwagi popić tego szybkimi łykami prawdziwej "Lavazzy" o smaku "Lavazzy". Zmierzałem cierpliwie do końca. Poprzez gałki lodów unużanych w całkiem śmietanie bitej oraz najczekoladowszej polewie czekoladowej... mknąłem niemotoryzacyjnie w przyjemność i radosne zaskoczenie.

Znów uznałem, że jedzenie jest lepsze od prowadzenia samochodu. Choć zdawało mi się, że potrafię się jednako - i jednym i drugim ekscytować. Smakowało mi.

Jacek Polak
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas