"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Mała karteczka do włoskiego...

18.06.2006

 

Mała karteczka, nawet jeśli biała, niekoniecznie istotna, która nie służy do niczego, najczęściej pusta. Dobrze jeśli jest. Jeśli jest w etui to dobrze. Wsadzona nieskrzętnie do etui na dokumenty, prawie bez znaczenia. Zalega chytrze i skromnie. Jak należy. Do momentu kiedy?...

Wyciągam ją. Ciach!

Po schodach w dół. Z rynku... w dół, do podziemia, do piwnic. Rynku kapitalistycznie odświeżonego sklepami. Rynku naszego zaprzyjaźnionego burmistrza-vice. Takiego brodatego Mariusza. Takie małe galicyjskie miasteczko Mariusza, w czasach hegemonii PiS w IV Rzeczpospolitej, z ładnym już rynkiem i wykwintnie szklanymi drzwiami. Ależ piękne szklane drzwi. Ależ za nimi widać chyba pop-art – może nawet. Chociaż nie wiem?! Pop-art? Nimi do tej piwnicy całkiem w dół. Chłód, chłód jak należy... za szklanymi drzwiami.

Zapytam!

Gdzie w Oświęcimiu takie piękne szklane drzwi się znajdzie?

Odpowiem!
Nigdzie! Nigdzie!

Widziałem oczywiście z daleka dużą reklamę. Baner ponad drzwiami szklanymi niezawodnie. Wisi nieskromnie. W pełnej rozpiętości i krzykliwie nieco, donośnie dość. Wisi ekshibicjonistycznie i każdy go zobaczy. Każdy! To dobra reklama – można rzec. Widoczna. Widzi się ją od „strzału”. Od wjazdu, od wejścia, od rzutu. Normalny i szybki, całkiem prosty „rzut okiem” i widać. Reklama dobra. Droga na pewno. Dobrze zainwestowana w biznes w małym miasteczku galicyjskim. Tak czuję, że dobrze zainwestowana. Jeśli baner dobry to jedzenie też? Że jak opakowanie dobre to... reszta?...

Bóg daj!

Miły chłód w piwnicy. A tyle się ciepła ostatnio chciało. Chłód wart wszystkie zachwyty w taki duszny i upalny dzień jak ta sobota.

Zachwycam się chłodem. Idziemy w dół niespiesznie w krótkich rękawkach, ale ufni. Bo jednak jak w dół to najczęściej niepewnie. Mariusz prowadzi ze „swojego” rynku. Po dyskretnie podświetlonych schodach. Kanty schodów opasane czerwonym neonem. Uciekamy od IV Rzeczpospolitej w bajkę włoską beztrosko, która zdarzy się w małym galicyjskim miasteczku, w niezwykle sprawiedliwy czas dominacji hegemonów sprawiedliwych. I prawych – naturalnie. Naturalnie całkiem prawych.

Zaś na dole, po wejściu, z nagła gapią na mnie Włosi, z makaronem wijącym się po fotografii. Ze ścian wciskają mi monochromatycznie „paste”, całkiem patriotycznie. Sugerują obrazki żołądkowi o co chodzi. Ale pomaleńku..., nie tak prędko... Najpierw się rozglądamy ciekawie. Zwyczajnie gapimy. Może nawet „rozdziawiamy” usta.

Takie małe galicyjskie miasteczko Mariusza i rozdziawiamy? Japy? Oj! Przepraszam. To zachwyt? Ale nie zawiść. Nic z podobnych rzeczy.

Południowe, włoskie filmowe gęby. Znane gęby. Jest ten seks-biust nawet na ścianie podświetlonej efektownie. Eksportowa wersja kobiety włoskiej. Wiadomo – Sofia. Pytanie - czy pokolenie hip-hopu i spodni z krokiem po kolana zna tę panią? Obok do towarzystwa Mastroianni. Z dwoma „l” w imieniu. Czyli – Marcello. Piękna Catherine Deneuve lubiła tę gębę włoską. Tego Marcello, co jej w głowie zawrócił. Może makaronem? Tak przez chwilę dzisiaj pomyślałem, że makaronem może... Jak szedłem za Mariuszem z galicyjskiego miasteczka, tak sobie myślałem o tym Marcello.

Piwnica jak nie ona. Do piwnicy nijak nie podobna. W pierwszym wejrzeniu nie piwnica. Brak okien budzi z lekka podejrzenie. No oczywiście muzyka – bzyka. No kurcze – chce się powiedzieć - wykwintnie. Mruczy się pod nosem. W głowie ściele mi się taka myśl, że jest absolutnie i wyjątkowo. Przestrzeń gustownie meblami potraktowana. Światła i takie tam różne aranżacje kolorów, tkanin, kształtów, z dużym raczej wyważeniem. Całkiem wzajemnie kompatybilne. Fajnie, zerkające czano-białe włoskie gęby, pełne wstążkowej „pasty”. Jest panel-plazma i chyba nawet mecz z Mistrzostw Poległych.

Akwarium ciemne i duże. Zapala się co jakiś czas – mówi zaraz Mariusz – na wytłumaczenie okoliczności. I jest tam taka „skubana” ryba co piasek paszczą nabiera, a potem piasek skrzelami za sobą sieje. Stoliki zaraz obok, Nawet całkiem „przy”. Można w towarzystwie ryb, co głosu nie mają spokojnie kawę wypić i przeczytać gazetę. I to wszystko w tym piwnicznym przybytku.

Usiąść jednak nie dają. Do następnej komory „walcujemy”, obok kontuaru, nawet może lady, poprzez smugi świateł kolorowych. Kobiety śliczne, młode. Jakby były starsze wcale nie oznaczałoby, że mniej śliczne. Może nawet - w dodatku – dobre?! Te młode i śliczne to kelnerki. Wprawnym okiem przecież można rozpoznać kelnerki od niekelnerek. Ta jedna „niekelnerka” to pani Menadżer. Potem poznałem i porozmawiałem. Chwilkę jednak.

W drugiej komorze, albo jakby izbie, już z lekka średniowiecznie. Sklepienia w łukach. Zworniki, grzebienie. Wręcz bliżej niemal naszej współczesnej cywilizacji IV Sprawiedliwej i Prawej Rzeczypospolitej. Mariusz kiwnął głową – na znak. Miało to, że siadamy. Dodam, tak jakby na stronie nieco – że krzesła wygodne, ale ciężkie okrutnie. Wygodne jednak niespotykanie. Dla dystyngowanych. Inteligent w Polsce – i dystyngowanie…Eh marzenia się czasami w piwnicach spełniają na chwil kilka. Nawet jeśli podatek narzucą w ministerstwie.

Podano karty duże i zasobne w pismo. Najpierw było ciemnawo, półmrocznie, ale Mariusz nasz z galicyjskiego miasteczka – burmistrz, ale tylko vice, szybko nam więcej światła przyniósł od pani kelnerki.

Zatopiłem wzrok w te makarońskie nazwy. Włoska bajka o jedzeniu. Na pizze w ogóle nie patrzyłem. To takie teraz polskie i małomieszczańskie – zamówić sobie pizzę. Phi! Może nawet jakaś współczesna dulszczyzna? No banał potrawowy i już. Dziękuję i nie!

Mowy nie było, żebym nawet zerknął na pizze. Choćby najlepsze były u tego Marcellego i Sofiji, i nawet gdyby na cienkim cieście – jak lubię, to nie!

Niczym traper – koneser w prywatnym śledztwie, dociekałem z opisów egzotycznych nazw – czym dogodzić dzisiaj. Sobie. W sobotę upalną, duszną i taką przedwakacyjną.

Byłem przygotowany na biesiadę. Przez telefon mówili, żeby śniadania nie jeść. Choć portfela nie nabiłem jakimś ciężkim nominałem (bo najpierw trzeba go mieć) to decyzja zapadła. Makarony najpierw, a potem kawy, desery. We włoskiej bajce pobyć trochę. W małym galicyjskim miasteczku, co z rynku przez szklane drzwi do piwnicy chłodnej do Marcello po schodach podświetlonych – na „kantach”.

I wracamy do tej karteczki co na początku... Biała i chytra w etui.
Z etui na dokumenty. Ciach!

Długopis, i piszę makaronizmy. Skrupulatnie. Ku pamięci. Wybrałem intuicyjnie dość szybko, ale nazwa taka, że teraz znów bym z głowy nie odtworzył. Zaraz mi to oczywiście taki z boku powiedział. Ale z lewej, z boku - z lewej. – Pisz, bo potem znów będzie potrawa bez nazwy w tekście. Patrzyłem na niego, jak się śmiał przy okazji tego przytyku. Czy szyderczo? Nie, szyderczo nie. Jakby troskliwie. I chyba czytał „smakowało mi” wcześniejsze.

Ciekawe czy by zapamiętał coś takiego? „Fusilli Primavera Al Tonno”.

Teraz napiszę tłumaczenie.

„Fusilli” czyli fusilli, a potem to jakoś – tuńczyk, pomidory, biała mozzarela i oliwki. Skusiłem się z powodu – „Primavera”. Z włoskiego nie bardzo jakoś łapię różne sensy, ale przyjaźnie odczytałem słowo „prima”. Zabrzmiało bezpiecznie. Coś około 20 zł, więc jeszcze nie strasznie, ale już raczej nie „śmigane”.

Tamci powymyślali jakieś inne czary, no i naturalnie pizza też się pojawiła w zamówieniu. Panga i coś wegetariańskiego. Ten po prawej od rowera to tylko wegetariańskie jada. A Mariusz poszedł w lazanie. I miał rację.

Uprzejma przyszła i przyjęła zamówienie. Wysoka, brunetka.

Zapisała tak jak ja, na białej kartce. Zapisała i poszła na dłużej, do tej włoskiej „pop-artowej” części z panelem i mistrzostwami i z akwarium akurat rozjaśnionym. A my w średniowiecznej piwnicy Rzeczpospolitej IV, całkiem w podziemiu, w takim miasteczku małym galicyjskim, we włoskiej bajce z tymi gębami włoskimi, z makaronami „pełzającymi” po ścianach. Na fotografiach w rozmiarze gigant. Gadaliśmy o zdjęciach z pleneru, o wystawie i ostatnich Dniach Grojca w Grojcu. O przewodnikach i ścieżkach rowerowych w Dolinie. Nawet o scrabblach. Mariusz jest pasjonatem kostek z literkami. Ale także o forum kasztelańskim i o wyczynach „wielkich”. Podobno koncert pod lodowiskiem w Oświęcimiu niezły, ale frekwencja słabeńka.

Fusilli postawiono przede mną w misce ceramicznej, dużej całkiem. W głębokiej misce. Kto lubi dużo ten z fusilli wygrał. Fusilli Primavera al Tonno to zdecydowana przewaga makaronów nad pomidorami i oliwkami. Makaron przesiany często dużymi i soczystymi „kęsami” pysznego tuńczyka. Makaron, w tej żywej kolorem misce, rozpycha się po włosku między inne treści. Makarony kolorowe. Czyli znakomicie. Takie spirale, sprężyny. Długie, ale nie za bardzo. Myślę, że fusilli to nazwa owego makaronu i jego spiralnego kształtu, ale jest to tylko dedukcja laika włoskości i ktoś mnie pewnie poprawi.

Cyrku z nabieraniem nie ma. I to już jest atut Fusilli. Jak dla mnie – przynajmniej. Pomarańczowy i zielony makaron na widelec podatny. Dobry do nabijania. Wilgotny, choć nie gorący, a wręcz zimny jakby przyjaźnie. Tylko znów nie tak bardzo zimny. W najróżniejszych miejscach, mało regularnie pojawiający się, ale dość obficie – tuńczyk. Jasne, kruche, lekko „wiórowate” mięso. Znakomicie słone. Między makarony w kolorach zielonym i pomarańczowym tuńczyk ubrany był białą – także słonawą – mozzarellą. Sama esencja włoskości – i w nazwie i na podniebieniu. Biała w kostki – mozzarella niegeometrycznie rozsiana zmieniała smak kiedy nabita razem z słodkawą oliwką łagodniała w ustach. Niewielkie kawałeczki pomidora, najzupełniej dyskretnie i skutecznie czyniły całość jeszcze bardziej wilgotną. I subtelność słonego pomidora z lekkim słodkim zaśpiewem dobrze z oliwkami w kontrapunkcie do tuńczyka i makaronu „grała” – jakby fusilli. Więc Andante Fusilli, ale nie Con Brio….To żart, jakby co!

Zastanowiło mnie czy fusilli słoną jest zdecydowanie kompozycją? I całą pewnością nie! To łagodna opowieść o włoskiej kulinarnej tradycji. Nuta słonego do mineralnej z cytryną komponuje całkiem dobrze. Zaliczyłem więc sprawiedliwie i nienagannie makaron w dobrej oprawie i smakowało mi. To był jednak akt pierwszy kulinarnego spektaklu. Zaraz potem, zupełnie chyżo, brunetka uprzejma pytała dalej.

Mała karteczka do włoskiego podpowiada mi teraz co było dalej.

Brzmiało to tak. „Cafe Con Panna.”

I co Wy na to?

No właśnie takie super cappuccino z bitą śmietaną. Filiżanka w jakiej podali była kapitalna.

Na deser „Crema Carmel” – słodki jak pierwsza noc wakacji po roku szkolnym, pudding z karmelem w pajęczych słodkich karmelowych nitkach i sosem karmelowym. Oznacza to tylko tyle, że smakowało mi tak bardzo, że dzisiaj opisać się tego już po prostu nie da.

Jacek Polak
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas