"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Spętany makaronem w zieleni – włoska niewola smaku

09.12.2006

 

Jakby powroty

Powroty. Powroty. Lubimy powroty? Znaczy, ja lubię. A jeśli mogą być powroty sentymentalne…z jedzeniem w tle…to jak najbardziej mogą i nawet powinny być. Bardzo mogą. Przecież dobre jedzenie w tygodniu jest jak metrum w jazzowej improwizacji. Ożywiające i pobudzające. Właśnie podobne powroty są nawet więcej jak jazz, może nawet niczym kawałek hip-hopowego szaleństwa, prawie jak dobry rap z Kielc, albo Hrubieszowa. Do niedostatku jesiennego światła, szczypta kulinarnej ciekawości, jak wiolinowy, albo basowy klucz. Razy widelcem, lub łyżką w dobrą treść - jak kolejne takty dobrego utworu.

Żeby tylko smakowało…

No więc wiolinowo raczej, wracam po nowy zapach. Koniecznie po inny smak. Nigdy tą samą drogą. Żeby było gdzieś między tenorem i sopranem w smaku sosu, gdzieś między basem i barytonem w mięsnym akcencie.

Krucjata przeciw nudzie

Co Wy na to? Jedzeniem w jesienną mgłę i zimowe zapowiedzi? Taka piątkowa krucjata przeciw nudzie. Do walki z jesiennym niedostatkiem dziennego światła należy zaciągnąć dobrego kucharza. Kucharskiego mistrza z dobrą „amunicją” w menu. Wróciłem więc do włoskich twarzy na ścianie i do tego co jedzą na fotografiach wiszących revell`acyjnie.

W pierwszym restauracyjnym rozdaniu licytacja przebiegła po polsku – grzane piwo – zakrzyknięto z prawej. W jesienny wieczór to jak brydżowe wymęczone 5 trefl. Ale to robiło partię. Znakomicie. Ja jako kierowca niebombowca nie byłem w stanie nikogo postraszyć herbatą z cytryną. Herbata jednak miała być jak ciemne okulary u pokerzysty. To był mój wieczorowy knif.

Akcent Dolasa

Wokół mnóstwo włoskich gęb na zdjęciach, obżerających się w zapamiętaniu. Też w okularach. Uznałem, że będzie pokerowo i mafijnie jeśli przebiję licytację stawiając na zakręcone spaghetti. Z dużą dozą zrozumienia odebrano ode mnie zamówienie. Kelnerka uśmiechem zdradziła – uznałem, że mimowolnie - że użyłem prawidłowego i tajemnego kulinarnego zaklęcia - na ten konkretny wieczór. Pozwoliłem sobie, nie znając włoskiego, odczytać nazwę z karty, posiłkując się włoskim akcentem Franciszka Dolasa, który kiedyś rozpętał II wojnę światową.

Jak wygrać pojedynek z nudnym piątkiem? Wybrałem wariant walki, który Dolas śpiewnie wypowiedziałby, niczym „otwierające” szlem w bez atu: SPAGHETTI CON POLLO E SPINACI.

W języku kuchennej maestrii oznacza, że „oskubany” kurczak został spętany długim makaronem i rzucony w zieleń trawy zwanej odważnie – szpinakiem.

W trakcie dość bezkompromisowego „obnoszenia” się z piciem restauracyjnej herbaty, kiedy piwo sąsiadów słusznie podgrzane oddawało rajski zapach korzeni, cynamonu, miodu i cytryny, w rozmowie przygotowywaliśmy się na przyjemność jedzenia mafijnych delicji.

Niewola DON SPAGHETTIEGO

Mnie podano ostatniemu. Ale nie uznałem, aby to mogło jakoś wpłynąć na poziom mojego zadowolenia, jednak wedle reguł uprzejmości - kolejność była uzasadniona. Kwadratowy, poręczny w rozmiarach, dość głęboki talerz – może to była nawet miska - postawiono przede mną całkiem wykwintnie. Zapachniało bardzo silnie i solidnie, zabrzmiało jak barkarola. Mocno i duszno zamajaczyło markowym zapachem sera – zdecydowanie żółtego. Myślę właśnie teraz, że nie wiem jakiej marki był ten ser. Czyżby jakiś italiański? Ale jaki? Potem śmietana na wierzchu. Śmietanowy sos. Pod jego dość cienkim kożuchem majaczyły prowokacyjnie i apetycznie fragmenty obsmażonego lekko kurczaka w kawałeczkach, pikantnego w smaku.. Tego spętanego przez Don Spaghettiego, popadłego w szpinakową niewolę. Plamy zielonego trawnika szpinaku wyrastały nieregularnie spomiędzy pokręconego makaronu. Szpinak łagodny jak wieczorowa zieleń na akermańskich stepach.

Teściowa poza pudłem...

Szpinak w sosie śmietanowym zupełnie nieordynarny, dystyngowany i przyjazny nawet dla wybrednych dzieci. Smakował doskonale. Jadłem go tak, że nawet moja teściowa byłaby zaskoczona. Z pełnym zapamiętaniem nabierałem go łyżką, którą fechtowałem na przemian z widelcem w drugiej ręce. Gdyby to widziała teściowa, musiałaby uznać swoją szpinakową klęskę. Długi makaron, który wreszcie posłusznie poddawał się mojemu widelcowi w okrężnym ruchu nadgarstka, wyprawiony stopionym serem i naznaczony źdźbłami trawnika polanego śmietaną był niemal jak włoska opera DON SPAGHETTI, którą napisał kucharz tej pub`owej kuchni. Herbata poszła w niepamięć, a ja jak zwykle - do finału smakowania włoskiego kulinarnego „TUTTI” - podchodziłem ostatni. Wydawałoby się, że to takie banalne i proste. Ser, makaron, śmietana, kurczak i szpinak.

Na podniebieniu i w zadowoleniu kontentego brzucha zawarła się cała moja pogarda dla piątkowej nudy i zimowego braku dziennego światła. Smakowało mi…


Jacek Polak
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas