"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 33    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Czas talerza, coś fundamentalnego

11.03.2007

 

Siadłem sobie wygodnie. Do tego co lubię. Do talerza, pełnego pachnących czarów, do takiego ludycznego 3xTAK. Ileż to już razy dobra strawa ratowała mnie z oparów pesymizmu, a po ostatnich doniesieniach o zakazie topienia „Marzanny” popadłem w lekki defetyzm i szybko zorientowałem się, że ten ciąg codziennych absurdów trzeba drastycznie przerwać. Talerz z dobrą zawartością zawsze wlewał mi w duszę optymizm i dystans do polskiej „racji” stanu oraz objawień rodzimej demokracji.

A w ogóle to znów pijam zieloną herbatę. Ta w torebkach może być, ale już tradycyjnie zaopatrzyłem się w pachnącą i dobrą herbatę na wagę. Pani sprzedawczyni w herbacianym sklepie opowiedziała mi nawet anegdotę o zielonej herbacie, która uratowała życie profesorowi uniwersytetu. Ten ostatni kupuje „mate purpurową” całymi kilogramami od chwili cudownego ozdrowienia.. Może to faktycznie jakiś eliksir życia?

Po „kopaniu się” z codziennością, na krańcach zdrowego rozsądku, do którego trafiam najczęściej poprzez kulinaria, pojawiła mi się ostatnio taka refleksja, że w restauracjach i wszelkiej „maści” knajpach zadomowił się włoski język. W Oświęcimiu także. Włoski okaleczony oczywiście, bo „italiańskie” nazwy zaimportowane do polskiego menu i wypowiadane przez kelnerów i konsumentów, brzmią jak jakieś „eXperanto”. Męczą się i kelnerzy i klienci. Jakby nie można było zamówić i zjeść coś z polska brzmiąco.

Piątek, czyli dzisiaj, upływał mi od samego rana w potrzebie buntu, ale na terapię smakiem byłem zdecydowany jak tylko otworzyłem oczy. Uznałem, że włoskiemu jedzeniu właśnie dzisiaj stanowczo powiem nie, a jeśli będzie syto, to na pewno także dostojnie i majestatycznie. Nie kulinarna facecja, ale dobitnie brzmiący na podniebieniu poemat. Dzisiaj ostatecznie już dojrzałem do czegoś fundamentalnego i fundamentalnie polskiego (miałem wątpliwość, czy to możliwe właśnie w promieniu kilku kilometrów).

Zdecydowanie mięso. Tak mi się w głowie umyśliło. Wolna wola to zaakceptowała no i pozostał tylko wybór wariantów i kontekstów. Szukając – niestety elektronicznie – jakiejś ciekawej pozycji menu w oświęcimskim krajobrazie restauracyjnym (dość księżycowy to krajobraz), przedzierając się przez kolorowe oferty zagapiłem się na polędwiczki. Wieprzowe. Zaświtało w głowie. Zupełnie dobrze brzmiące po polsku. Swojsko - można rzec, a nawet patriotycznie. Po zastanowieniu nad wyborem szybko doszedłem do wniosku, że będzie „fundamentalnie” po polsku, a co najważniejsze, absolutnie niedemokratycznie.

Dalej w karcie „stało”, że polędwiczki wieprzowe mają się kąpać w sosie pomarańczowym. Nieźle. Zdecydowanie dobrze.

To już wiem od jakiegoś czasu, że mariaż mięsa z owocami zawsze wychodzi na korzyść dobrego smaku, więc się jakoś nie speszyłem skomponowaniem polędwicy z pomarańczą.

W dobrze wyglądającym zestawie, ku mojej radości, w propozycji szefa kuchni pojawiła się odrobina (na moje wyobrażenie) kulinarnego „buntu”. Otóż do mięsa tradycyjnie spożywanego w polskiej rodzinie, nie skomponowano ziemniaczanego akcentu. Miejsce ziemniaków, jakże proletariacko-demokratycznych, zajęły „powstańcze” kluski śląskie. Takie małe, zgrabne całkiem – każda na jeden kęs. No, dla pań może na dwa kęsy. Zgodzę się też bez spierania, że dla korpusu dyplomatycznego IV RP może nawet – jedna kluska - na cztery kęsy.

Resztę mojego zaufania zdobyły polędwiczki wieprzowe z pomarańczowym sosem, kiedy po „antycypacji” klusek doczytałem, że warzywa z wody dopełnią reszty. Decyzję podjąłem i wczesnym popołudniem podążyłem nieśpiesznie do restauracji gdzie, szef poleca polędwiczki. Ze strony internetowej wynikało, że muszę dojechać do Rajska.

Na obiad do Rajska? Też przez chwilę zastanawiałem się, czy aby nie popełniam jakiegoś błędu. No ale, jak się nie spróbuje to się nie wie. Nazwa owego miejsca gdzie miałem odbyć swój ulubiony rodzaj terapii smakiem, brzmi zupełnie w Oświęcimiu nieobco, bo Casablanca to przecież firma karmiąca Oświęcimian od lat i na różne sposoby.

Tym bardziej byłem ciekaw tego Rajska i lokalizacji Casablanki, ponieważ podejrzewałem, że nowe i kolejne umiejscowienie znanej w Oświęcimiu firmy gastronomicznej może mieć związek z miejscem o dość „przeciętnej” sławie z przeszłości.

W ciepłej i estetycznej sali z bufetem, przy wygodnym stole rozłożyłem się obszernie, sięgając do karty dań – już tej absolutnie nieelektronicznej i znalazłem dość szybko danie szefa kuchni. Wszystko odpowiadało mojej dopołudniowej lekturze, więc kelnerowi, który pojawił się niezawodnie i dyskretnie, powiedziałem o swojej potrzebie. „Polędwiczki wieprzowe w sosie pomarańczowym z kluskami śląskimi i bukietem warzyw z wody”. Tak to brzmi w całości. Przyjął grzecznie i ze zrozumieniem, sprawdziwszy czy doczytałem, że zamawiana potrawa pojawi się po 30 minutach. Ten czas oczekiwania znakomicie można było wypełnić lekturą i piciem dobrej herbaty.

Zamówiłem zielonego liptona i oddałem się lekturze pozostałych pozycji w karcie dań. Gdzieś w tle, mało natrętna muzyka, uwalniała mnie z resztek skojarzeń dnia, które poprzez media popchnęło mnie jeszcze dalej w stronę zmęczenia codziennością.

W niespełna 30 minut, dymiący i obfity talerz postawiono przede mną, a łapczywym oczom ukazał się miły i zachęcający widok porcjowanej polędwicy wieprzowej ułożonej w piramidkę. Kiedy barmanka się odwróciła, siedząc za parawanem, czyniąc ukłon w stronę talerza złapałem zapach. Było tam pomieszanie i różnorodność.

Eh, muzyka, ale ponad wszystko jedzenie łagodzi obyczaje. Łyk zielonej i gra w smaki się zaczęła.

Na początek wziąłem się za por pokrojony w plasterki, bo prowokacyjnie ułożony był na obrzeżach talerza (nie wiem dlaczego pomyliłem por znamienity ze szlachetną cebulą.) Posypany papryką, soczysty por – jako ta ciekawostka w obliczu dominujących kawałków mięsa – skusiły mnie najpierw.

Por z papryką - zaskakująco dobry. No ale przeciągać struny i igrać z własną podświadomością zbyt długo nie należy, dlatego, zaraz po zaspokojeniu ciekawości nabiłem na widelec zgrabny kawałek miękkiej polędwicy. Ta z góry wzięta nie miała kontaktu z pomarańczowym sokiem, więc szukałem dalej i następna już znakomicie oddawała zapach pomarańczy. Zdecydowanie słony smak przetrącony był słodkim sosem z cytrusa. Łagodny kontrast słonego ze słodkim jeszcze raz przekonał mnie, że powierzchowne jest tylko ryzyko łącznia skrajnych – z pozoru – smaków.

Zjedzony kawałeczek polędwicy szefa z Casablanki, odkrył obiecane świeże warzywa z wody. Szybko zorientowałem się, że i tam pomarańcze miały swoje ukryte siedlisko. Brokuły z wody w towarzystwie marchewki? Nikt nie powie, że tu jest jakiś dysonans, a już na pewno nie ja. Takie warzywa lekko osolone z wody, do sążnistej i mocnej jak dębowe mocne, polędwicy - to jak różowe okulary w polskim parlamencie, lub dobry żart po sesji rady miejskiej w Oświęcimiu. Całe plasterki pomarańczy też się pojawiają pod „kopczykiem” z mięsa wykąpanego wspaniałym pomarańczowym sosem. No i brokuły. Z wieprzowiną brokuły to bajka. Na to wszystko sos, specjalitet, którego jeśli się chce nabrać więcej, można użyć śląskiej kluski. Neutralnej w smaku, nie wnoszącej niczego zdecydowanego do dominującej polędwicy i pomarańczy, ale znakomicie wchłaniającej te dwa smaki.

Znalazłem sobie oczywiście rozmówcę. Pan Marcin, który dyskretnie stawał przy kontuarze baru, taktownie zapytując o wrażenia, naciągnął mnie na zwierzenia. Opowiedziałem mu o moim buncie i rodzącej się we mnie (mało na szczęście trwałej) kulinarnej ksenofobii. Ze zrozumieniem słuchał o moich włosko-tureckich doświadczeniach. Spędziliśmy zatem kilka chwil także nad dyskusją o położeniu lokalu.

Dowiedziałem się, że nasi oświęcimscy hokeiści od dawna znają ten adres, i szukając obfitego i smacznego posiłku dość szybko sprawdzili, że Casablanca w Rajsku to nie jest koniec świata. Do czego po tym popołudniu i ja się przychylam.

Znów udało mi się do teorii o dobrym polskim jedzeniu, znaleźć realny przykład z wieprzowiną bez ziemniaków w tle. Szef kuchni tym razem wyszedł zwycięsko ze swoich zapewnień. Polecił i dogadał się skutecznie z moim podniebieniem, a surowy w ocenie żołądek wystawił mu obiecującą ocenę.

Nie żebym miał coś przeciwko ziemniakom, ale skoro mięso z pomarańczą, por z papryką, to dlaczego nie brokuły pod piramidą smaku, na szczycie której polskie mięso wygrało z włoską pizzą. Smakowało mi....



Jacek Polak
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas