"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 33    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Gdzie życie wraca do łagodności

18.04.2007

 

Zganiono mnie troszkę ostatnio, że pisząc o tym co mi smakowało dryfuję mimowolnie w kierunku polityki. Ciągle gdzieś ona – owa polityka - się pojawia – także przy okazji dobrego jedzenia. Polityka stale niestety nas dogania, bywa, że osacza, mitręży nam czas i wywołuje emocje. W powszechnym odczuciu coraz częściej czujemy jej przesyt, choć mi nie przejadła się jeszcze ostatecznie, a bywa nawet, że mi smakuje – szczególnie ostatnio - jakimś takim przypieczonym ziemniakiem.

A propos naszych upodobań i nawyków w jedzeniu - zastanawiałem się, czy wybór i walory codziennego menu, to w Oświęcimiu i okolicy – bardziej - sprawa świadomego wyboru, czy też przypadku, który bywa wynikiem naszego chwilowego nastroju? Czy na przykład - kiedy nam szef w pracy dokuczy solimy więcej, jemy coś bardziej na ostro, czy może leniwie i bez entuzjazmu jemy tylko kilka łyżek zupy z domowego talerza? A potem, po beznamiętnej zupie - banalna, moczona herbata w przypadkowej filiżance, do której sypiemy 4 nokautujące łyżeczki cukru? Czy znów innym razem, kiedy teściowa poprzez – szczęśliwie – towarzysko „sterylny” telefon, odwołuje wizytę i życzy wszystkiego najlepszego, a my w radosnym nastroju, spontanicznie rzucamy się na deser lodowy w najbliższej kafeterii?

Wracam sentymentalnie i z wyrachowania…

Jedzenie bez ciekawości jest jak pastowanie lakierek, więc może dlatego lubię powszednio zamszowe kamasze i zwracam uwagę na smak herbaty wtedy gdy inni piją colę z cytryną, albo polskiego „muła” czyli bezceremonialnie parzoną „szklankowatą” kawę. Przy przeglądaniu menu w Casablance ciekawość zawiodła mnie na stronę z zakąskami. Dotąd mijałem pozycje z zakąskami. Właściwie nawet nie wiem dlaczego. Pieczarkowa refleksja pozostała. Utkwiły mi pieczarki między różne pomysły i o tyle prostsza była moja decyzja tym razem.

Od wszędobylskiego kelnera, poruszającego się jak bezszelestne TGV, dowiedziałem się, że można je zamówić na zimno, ale na ciepło również. Wybrałem drugą możliwość, bo ciepłe zawsze jakoś chętniej stawiam przed zimnym. W sosie trzy pieczarki. Serowy sos, letni ale nie zimny. I farsz. W sporych kapeluszach grzybów, obiecany ukryty smaczny farsz – nadzienie.

Popołudniowe słońce pełzało po soczystej zielonej sałacie i rozjaśniało sos serowy, rozlewający się estetycznie i spontanicznie po całym, prostokątnym talerzu. Tak więc i zielona sałata i pieczarki zgadzały się ze sobą i wspólnie tkwiły w gęstym serowym sosie, łapiąc światło zachodniego słońca.

Siadłem sobie jak zwykle przy kominku. Umknęło mi czy smoliły się w nim bierwiona pachnącego drewna czy też nie, ale w lokalu było ciepło. Gdzieś między stołami ostro przebiegała granica między łagodnym cieniem i refleksami żywotnego światła. Wysoki parawan zamykał mój świat kulinarnych prób i odkryć. Jakiś z laptopem był za tym parawanem tak odległy - jak jezioro Bajkał. Nie musieliśmy sobie zaglądać do naszych gustów i smakowych decyzji. Ci z Casablanki pamiętają o mojej zielonej herbacie. To jakoś nas zbliża. Miło, że chcą pamiętać klientów i ich upodobania.

Zakąska na stole i pierwsze krojenie kapelusza. Już wiem, że nigdy nie miałem chirurgicznego zacięcia, ale dobrze ugotowany grzyb, dość kruchy, chętnie pozwalał się porcjować. Kawałek pieczarkowego, pachnącego kapelusza, oblanego płynnym serem. Sos serowy aksamitny i gęsty - lekko słony. Wiedziałem już, że zakąska za nieduże 6 złotych mogłaby być daniem głównym. Syty sos, pełen sprawiedliwej zawartości i „wyprawione” grzybki - pieczarki skróciły znów nieco drogę z Oświęcimia do Rajska. Mogę tam jeździć zdecydowanie częściej. To kwestia pozytywnych doświadczeń i zaufania. Z każdą kolejną zjedzoną potrawą jest mi coraz bliżej do restauracji w Rajsku.

Słońca było już mniej w sali. Przeświecało tylko przez fragmenty parawanu. Przyspieszałem z krojeniem następnej części pieczarki. Mogłem teraz dobyć tajemnicy enigmatycznego farszu. Pieczarkowe nóżki wraz z zieleniną i salami, wszystko to starte i poszatkowane opowiedziało się zdecydowanie i słono. Gdzieś zaszumiała w ustach lekko podsmażona cebulka i znakomite salami, które pozostając w sporym kontraście do reszty nadzienia, może nie było jakoś bardzo wyzywające i wyuzdane w smaku, ale wyzwalało się z pieczarkowej dominacji. Kroiłem dalej i zawartość widelca bez specjalnej skromności zanurzałem w płynnym serze o łagodnej konstatacji, który był hojnie rozlany po całym talerzu . „Wykrzykników” w zakąsce z pieczarkami nie było, stale jednak chciało się stawiać pytajniki – co dalej i co dalej? Zawartość drugiej i trzeciej pieczarki była taka sama i podobnie smaczna, choć potęgował się znany mi ciekawy efekt, podobny do tego, który zawsze pojawia się u mnie, gdy sięgam po słodycze – im więcej zjedzonego tym większy apetyt i chęć sięgania po jeszcze.

Stale w głowie przemykała mi myśl, że przecież może w domu sam bym nawet zrobił coś podobnego. Tylko ten sos... i tylko ten farsz – gdybym umiał... Zaraz po tym kiedy pieczarki uczyniły mnie cesarzem dobrej myśli i pogodnego usposobienia, dzień kulinarnych przyjemności zbliżał się do zasadniczego akordu, który miał wybrzmieć bardziej monumentalnie. Zbliżała się treść dania głównego.

W kontrolowanej i ekscytującej niepewności przemykałem się po karcie - z ciekawie brzmiącymi nazwami – poszukując tego właściwego dania. Sprawdzonym sposobem - zawezwałem kelnera i jego postawiłem przed astrologicznym zadaniem – by przepowiedział przeznaczone mi danie, które znów przypadnie mi do gustu. Demona codziennego absurdu trzeba było wypędzić znów na czas dłuższy niż jedno popołudnie. Kelner stwierdził, że ma coś czemu nie oprze się największy absurd polskiego życia politycznego w skołatanej głowie, coś takiego przy czym głupota przestanie być dokuczliwa, a wspomnienie największego fanfarona kasztelańskiego forum nie będzie nawet marnym przecinkiem w całym kulinarnym traktacie.

No i czas na dominantę, ale także kadencję całego dnia - filet z kurczaka zatopiony w cieście kokosowym. Dotarliśmy do tego miejsca w karcie dań. Dowiedziałem się, że kurczak ubrany w kokos powinien zaskoczyć smakiem, a skoro wydałem wojnę ziemniaczanej diecie to do kurczaka zaproponowano ryż ze świeżymi gotowanymi warzywami. Dowiedziałem się, że to ryż sferyczny. Znaczy taki specjalnie obły. Po pieczarkach – kokosowy kurczak. Zrobiło się pomarańczowo. Słońce kończyło wędrówkę w tym oknie, przy którym siedziałem. Należało poczekać. Dolałem sobie „zielonej” i dostrzegłem, że na parking zajechał autobus pełen Norwegów. Nawet cichych, najpewniej z muzeum jechali na posiłek. Poprowadzono ich w głąb lokalu do innej zupełnie sali. Pozostało więc cicho i miejsce na refleksje nie skurczyło się ani trochę. Oglądałem zdjęcia zjedzonych już pieczarek. Ciekawe co zamówili Norwegowie. Szkoda, że nie zapytałem.

20 minut minęło dość szybko i przede mną postawiono moje czwartkowe „serum”. Dobrze brązowy filet, słusznie kontrastował z białym sypkim ryżem. Parowało. Między białym sferycznym ryżem cały bukiet świeżych warzyw. Brokuły pięknie zielone i marchewka lekko słodka. Groszek, a między tym wszystkim listki leniwej papryki. Plasterki pomarańczy i centralnie na okazałym filecie, który smacznie utonął w wiórkach kokosowych, mokry, soczysty plaster ananasa. Spotkanie słonego ze słodkim. Pomyślałem sobie. Niskie i wysokie tony. Dobry kontrapunkt, w którym dzięki słonemu - słodkie zupełnie inne, słone mało ordynarne w smaku.

Filet na pierwszy kęs. Z kawałkiem ananasa. Panierka szybko odkryła miękkiego kurczaka. Białe mięso. Z sypkim ryżem i cytrusami. Danie lekkie i wykwintne. Takie na wyjazd taksówką, albo zamawianym transportem. Prosiło się zamówić dobre czerwone wytrawne wino. Wracając jednak do spraw widelca. Warzywa gotowane, oddające swój naturalny smak w parującym, gorącym ryżu, na przemian z kokosowym kurczakiem. Wcale nie słodkie. Wilgotne i pełne bukietu różnych zapachów. Treść pełna łagodności, w której myśli układają się w harmonijny ciąg pozytywnych skojarzeń.

I tak sobie myślę, że to co w ciągu dnia można zgubić, to obiadową porą, w smakach kokosa i serowego sosu można znaleźć. Wiem, że powiecie, że o daniu głównym napisałem mniej niż o rzeczonej zakąsce. To co napisane nie zostało, to co świadomie przemilczałem, każdy może sobie dopowiedzieć po tym, jak śmiało i z ciekawością zamówi kurczaka w kokosowym cieście, po to by – być może jak ja - swoje myśli uczynić znów łagodnymi. Proponuję spróbować, mi smakowało…



Jacek Polak
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas