"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Dwa w jednym, pozeznaniowo

01.05.2007

 

Nikt na ten dzień nie czekał. Nawet panie w urzędzie skarbowym. Już na parkingu na Stolarskiej wiedziałem, że czas popłynie dzisiaj inaczej. W poniedziałek, w trakcie długiego weekendu, na parkingu, obsługiwanego przez młodziana wyraźnie ożywionego ilością blachy na strzeżonej przestrzeni, doświadczyłem mnogości samochodów, mnogości „idącej” w jakieś niesamowite metry sześcienne.

O 10:15 przed południem, w poniedziałek długoweekendowy, motoryzacyjna lawina, na parkingu opodal urzędu skarbowego, tylko naiwnego mogłaby zwieść. Tylko nieprzytomny uznałby, że to turyści tak nieroztropnie wpakowali się w stare miasto Oświęcim, zamiast podążyć gdzieś w pozamiejskie wytchnienie.

Wiedziałem, że czeka mnie długa kolejka. Na Solskiego wpadłem więc taktycznie do spożywczego z chęcią zabezpieczenia się w coś do poprawiania samopoczucia. Obstawiałem jakiegoś pączka, może drożdżówkę, w najgorszym razie – świeżą bułeczkę i... soczek „Kubuś” – taki z dużą ilością węglowodanów. Czułem, że w urzędzie węglowodany spalę szybciej niż podczas długiego rowerowego treningu.

Sklep na Solskiego „zatkany” był taką ilością desperatów, że zrozumiałem, jak bardzo wszyscy chcą sobie podatnicze cierpienie osłodzić. Który ja byłbym w tej kolejce?

Dwie kolejki to byłoby za dużo w tym dniu, więc powlokłem się do dużego budynku, gdzie obywatel smakuje czym jest jego ukochane państwo i jeszcze bardziej ukochana ojczyzna. Poszedłem bez bułki, bez drożdżówki i tym bardziej bez pączka. Wchodząc do środka, uświadomiłem sobie, że wezbrała we mnie taka myśl i wspomnienie patriotycznej Listopadowej Nocy, gdzie młodzi romantyczni chłopcy zdecydowali się sprawy państwa wziąć w swoje ręce i epokę znienawidzonego Nowosilcowa i księcia Konstantego zepchnąć na margines podręczników historii Polski.

Zobaczyłem wszystkich tych, którzy „ciżbili” się – jak mniemam – w niemym popłochu przed bezlitosnym wymiarem skarbowym. Zobaczyłem jak wygląda dialog bezdusznego państwa, które gotowe jest dobyć ustawowego bata, żeby odcedzić z wymęczonego dochodu obywatela - ten budżetowy miód, którym potem rozlewają się poselskie biura, kancelarie i rządowe inwestycje - z fantazyjnymi publicznymi zamówieniami.

Przeciągnięto mnie „pod kilem” składania zeznań. Oczywiście najbliżsi szybko wytknęli mi, że jak zwykle ociągam się z ważnymi sprawami. W całej swojej obywatelskości, im częściej patrzę w „telewizor”, im częściej czytam lokalną prasę z różnymi publicznymi rewelacjami, tym mniejszą miłością darzę ten nasz wspólny - prawy i sprawiedliwy - gmach rzeczy pospolitej.

Zwyczajnie mi żal tych paru groszy, które chętniej wydałbym na coś publicznie pożytecznego.

Pieczątkę podbito na kopii zeznania (Polska ostatnio to taki kraj permanentnie zeznających) i urząd uwolnił mnie ze swoich „rodzicielskich” ramion. Pomyślałem o nagrodzie za swój heroiczny akt poddaństwa. Pomyślałem tak bezwiednie i spontanicznie, że byłoby choć troszkę miło gdyby te moje skromne pieniążki poszły na przykład na rzecz głodnych dzieci. Szybko uznałem, że co w brzuchu to moje i nikt mi tego nie odbierze, a że słońce paliło jak to zeznanie w ręce, natychmiast promiennie pomyślałem o czymś dla ochłody. Mimo nocnych przymrozków, odczyniam wszelkie gusła nad wiosną i latem, które kojarzą mi się z osobistą wolnością i obywatelskim – dozwolonym – wakacyjnym oddaleniem. Wiosna i lato mają być ciepłe. Kiedy zaś ciepło nadchodzi „należy się” coś dla ochłody. Ta myśl mnie natchnęła nową energią, choć wypłukaną – jak wcześniej przewidziałem – z węglowodanów i cukrów. Zatem przepisałem sobie od razu receptę na ochłodę i podniesienie poziomu cukru.

W miłym miejscu znalazłem się dość szybko. W samo południe. Kawy ostatnio ascetycznie się wystrzegam i trwam w tym dziwnym postanowieniu. Częściej sięgam do czekolady, która na gorąco przysparza mi niezbędną dawkę – gwarantowanego – magnezu. No ale nastawiłem się na słodkie i na kawę. W połączeniu wyszło, że musi być mrożona i z kulkami lodów. Dobra kawa, spiętrzona w wysokim kielichu. W niej dwie śmietankowo-czekoladowe gałeczki lodów i na to – odważna i spora ilość bitej śmietany z posypką czekoladową. Śmietana jak zwrot nadpłaconego podatku smakowała jak nuta nostalgii za całością przychodu, pomniejszonego o podatek od dochodu. Mrożona kawa, zaopatrzona w smaczne śmietankowe lody, wyposażona została także cynamonowym wafelkiem. Łyżeczki pani kelnerka nie doniosła, co uznałem, za standard w tym modelu kawy mrożonej. Doszedłem do wniosku, że wafel tym razem będzie mi służył za coś do nabierania lodów. Łyk mrożonej kawy z rozpuszczającymi się gałkami mrożonej śmietany zaprowadził mnie niemal w sam środek wakacji – choć nie podatkowych. Kawa mrożona z dodatkami bardzo dobra. Co więcej - kiedy przeliczyłem to 8 zł za dwa w jednym, to zaraz pomyślałem jaki nawis inflacyjny został mi w portfelu. Kawa i lody osobno to przecież w oświęcimskich warunkach kawiarnianych dobrze koło 17 zł.

Tym bardziej smakowało mi. Prawie letnio i pozeznaniowo.



Jacek Polak
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas