"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 34    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Emancypacją w wołowinę

07.06.2007

 

Kobiety pędzą samochodami. Szybkimi i eleganckimi. Samochody „nauki jazdy”, ze smutnym niebieskim „L” „ujeżdżają już chyba tylko kobiety. Zdobywają przestrzeń, zajmują cień i chwile między dźwiękami. Zmieniają proste schematy w życiu nowoczesnej populacji. Prą z prędkością sportowego bolidu gdzieś gdzie wzrok nie sięga i czego rozum nie złamie.

Co z pływalnią? Na pływalnię? Nawet nie chcę myśleć o chodzeniu na pływalnię, żeby czasem tych muskularnych kobiet, takich bardzo fit - nie zobaczyć. Od samego patrzenia zestarzałbym się w kilka minut. Nawet nie wiem czy umiałbym jakoś zagaić do takiej mocnej femme fatale, postawnej, szybkiej i sprawnej. Jak tu rozmawiać z taką, co decyzje w sprawie dziennego menu podejmuje – całkiem błyskawicznie - stojąc nad lodówką z pierogami w supermarkecie? Po powrocie z przestrzeni dzielnych i samowystarczalnych fit-kobiet siadam „ukurczony” w ciszy małego mieszkania, ale tu z kolei z niepewnością włączam telewizor. Od jakiegoś czasu niejaka Szczuka Kazimiera wyskakuje z „szyby” i demaskuje wszystkie moje wady jednym tchem. Od niej wiem - że nie wiem. Że nie czytałem, że mam problemy z myśleniem o kobietach i ogólnie należę do brzydszej i słabszej części tego świata. No i mam wady. I to Szczuka też dobrze wypatrzyła.

Bronię się tylko tym, że kiedy chwilami zdarzy mi się usłyszeć ją i jej koleżanki, to myślę sobie, że ona nie ma w mieszkaniu w ogóle kuchni. I je takie tam jakieś skrobane feministyczne marchewki.

Dobroć człowieka przecież rodzi się w kuchni. To widziałem na własne oczy, poza tym - takie mam przeświadczenie. Przy jedzeniu ta dobroć nabiera wprost pastelowych cech towarzyskich. Cisza w połączeniu z zapachem jedzenia, aromatem herbaty, albo nawet kawy - to już niemal przedsionek satysfakcji i ukojenia na co najmniej jeden wieczór. Jak się tak do tego doda jakieś delikatne wino, to nawet Giertych nie jest w stanie wpędzić w melancholię, a lokalni „notable” z powiatu lub rady miasta to nawet zaczynają budzić taką kabaretową sympatię.

W aucie ostatnio zauważyłem, że coraz częściej myślę nie o cenie benzyny, nie strajkach lekarzy, nawet nie o mundurkach w szkole – ale właśnie o biesiadowaniu. Prowadzenie samochodu i słuchanie radia niezwyczajnie pobudzają moją kulinarną wyobraźnie i ciągłe poczucie nieodpartej chęci zjedzenia czegoś dobrego.

Czasy są takie, że jeździ się tu i ówdzie. W kółko. Je się w różnych miejscach. Czasami solidnie, czasami niedbale. Jest prawdą, że nauczyłem się hamować w Rajsku. Raz, dwa razy w miesiącu zjeżdżam z głównego kopalnianego traktu. Mówią mi już znajomi, że to nudne - ciągle w to samo miejsce.

Ja mam jednak swój upatrzony stołek. Stolik ze smugami pomarańczowego światła, przyjaznego popołudniowego słońca. Mam swój parawan spoza którego nie widać mojego zapamiętania, a karta dań w Casablance jest wystarczająco obszerna. Wpadam sobie więc systematycznie i pomaleńku, badam to co jest tradycyjne. Solidne. Nabożne w nazwie i zawartości talerza. Tym razem uznałem, że polędwica brzmi dumnie i odpowiednio tradycyjnie i właśnie tak zamówiłem.

Wołowa polędwica. Solidny kawałek soczystego mięsa. Jak dla mnie - absolutny antymanifest emancypacji. Dzieło „bezczasu” i wolne od szybkości i siły „fit” . Łagodność, cierpliwość ręki i oka ukryta w kawałku dobrze przyprawionego mięsa. Odpowiednio słonego. Sprawiedliwie kruchego. Spowinowaconego z odrobiną może czosnku, może cebuli. Wymacerowane całą chytrością kucharskiej wiedzy, pokory i cierpliwości. Pełna alchemia.

Polędwica wołowa w mariażu z dobrym sosem. Zaskakującym. Z zielonego pieprzu. Dowiedziałem się, że pieprzu marynowanego. Po pierwszej próbie smaku – było jasne, że sos i polędwica to słuszny związek i trafne dopełnienie.

Sos ciepły i łagodny, choć budzący w pierwszej chwili niepewność. Małe zielone kulki pieprzu – do rozgryzienia. Ot, mały sprawdzian wiary i zaufania. Skoro jednak tak podane, to musi być, że do rozgryzienia. Zielony pieprz – przeczuwałem, że znakomicie doprawia wartość kolejnego kawałeczka zasnutej w sosie polędwicy. Do mięsa tradycyjnego i alchemii sosu z zielonym pieprzem wypieszczone ziemniaczki. Małe kawałki opieczone umiarkowanie. Zarumienione, miejscami przybrązowione. Po rozkrojeniu ciepły zapach. Ziemniaki oraz polędwica oskrzydlona surówkami i plasterkami pomarańczy.

Pomaleńku, z małymi łykami herbaty, siedząc na swoim miejscu w Casablance, smakowałem tradycyjnego polskiego ziemniaka, rumianego i opieczonego. Polędwica nieco in cognito - w pieprzu. Zielonym tylko z nazwy. Do niej pomarańcza, dająca inną barwę tej tradycji. Surówki w tej samej kompozycji, dobre sąsiedztwo i uczciwa porcja witamin. Słono, słodko, kwaśno, treściwie i aromatycznie…smakowało mi.



JP
   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas