"Budząc się rano, pomyśl jaki to wspaniały skarb żyć, oddychać i móc się radować" (Marek Aureliusz)
Gości on-line: 26    
 
  27 kwietnia 2017 - wschód: 5:27, zachód: 19:55
  Imieniny obchodzą: Felicja, Teofil, Zyta
pokaż wszystkie

Smakowało mi ... czyli Nie blado i po cesarsku

01.11.2009

 

Czynności powszednie jak jedzenie i picie. Gdzieś w tle codziennie spraw ważnych. Niemal na marginesie zegarka i terminarza. W biegu, poza uwagą, ceremonią, z dala od celebrowanej przyjemności - kto wszak zastanawia się nad trzecią służbową kawą i piątą ratującą herbatą? Zwłaszcza wtedy, kiedy podniebienie wymaga zadość, a czas stawia nas wobec kolejnych „zawodowych abstrakcji” i absurdu napastliwych przepisów, albo „słabiących” służbowych poleceń.

Najczęściej pochłaniamy rutynowo. Obok starannego makijażu – popełnianego w obowiązku wobec wymagającego szefa i zazdrosnych koleżanek, gdzieś w mdłym tle fundamentalnych wątpliwości przy ceremonialnym dobieraniu wieczornego krawatu - mimo wszystko smarowanie chleba – wydaje się wyjątkowo mało spektakularne. Smarowanie powszedniego chleba, albo cokolwiek powszedniej i porannej bułki. Mało tantryczne gotowanie jaj na miękko, z chaotycznym bulgotaniem wody - w planie pierwszym. To wszystko – blade.

Na to herbata? Od lat poniewierana w saszetkach na smyczy z kawałkiem kartonu i nadrukiem najlepszej marki zmielonego suszu? Sprowadzona do smaku reklamy wykrzyczanej przez jakiegoś aktora? Podawana z kolorowych pudełek jako coś do czegoś? Spostponowana, wyproszona ze świata dystyngowanych ceremonii i romantycznych spotkań. Zabita Sagą i Minutką. Gdzie jest jej godność, czar i moc? Pytam się retorycznie – sam siebie. Magia czarowania wieczorów i świątecznych stołów – w naszych czasach – gdzież uleciała?

Wszystka nie umarła. A w Oświęcimiu wiedzie co ciekawszych, a może odważniejszych w klimaty przyjemności i dobrego smaku.

Targając się bowiem na swój brak czasu i rzeczoną bladą rutynę w piciu i jedzeniu – siadłem przy stoliku z obrusem dzierganym ręką „babci”, tak dla zatrzymania służbowego szaleństwa. Pół godziny przerwy od obowiązków. W zacisznym lokalu. Znajomy „babci” śpiewał - „kiedy spotkam taką żonę, że się kochać będę w niej..”. Z karty wybrałem mało skromnie, a wręcz majestatycznie. Imperialnie niemal. Napar zwał się „Herbata Cesarzy” i rekomendowany był jako napój z subtelnością wielu delikatnych smaków, połączonych w moc imperialnego zadowolenia, sytości władcy – być może – chińskich herbat. Mnogość zielonego suszu, który zebrany w jeden „eliksir” został jako delikatny napar podany w białym czajniczku. Green Yunan, Sweet Flower, Formosa Gunpowder, kwiatki chryzantemy, jaśminu i osmantusa, kardamon, kurkuma i kawałki sandałowego drzewa. To wszystko przybyło do mnie, na uciechę ciekawości, smakiem łagodnym, nienachalnym, o wielości barw. Prosto i niebanalnie. Nie rutynowo. Nie blado. Bez kompromitującego cukru, owa wielość wcześniej nie znanych smaków orzeźwiała i nie wymagała czegoś do herbaty. Mimowolnie zrezygnowałem z dużych łyków. Ciepły napar wywołał spokój cesarski i oddalił mnie od służbowych absurdów. Do lektury o „Rozkoszy sprawowania władzy” (Odra, nr 10, 2009 r.) jak znalazł.

O kawie tego dnia już nie pomyślałem, smakowało mi...

Jacek Polak

   
  Jeżeli smakowało ci coś, a chcesz się z nami tym podzielić napisz do nas