"Lis nie powinien być sędzią na procesie gęsi" (niemieckie)
Gości on-line: 29    
 
  24 września 2017 - wschód: 6:32, zachód: 18:38
  Imieniny obchodzą: Dora, Gerard, Teodor
 

II Kasztelański Plener Fotograficzny ...

Galeria zdjęć (dzień pierwszy) 

Galeria zdjęć (dzień drugi) 

Przed telefonem komórkowym ukryć się niepodobna. Zwłaszcza kiedy wyświetla się nazwisko Mariusza Makucha. Spotkanie z nim oznacza najczęściej obcowanie z niezwykłą naturą ziemi zatorskiej, z jej wieloma tajemnicami rozlewającymi się w urzekającej, pełnej pasji, radosnej narracji wiceburmistrza. Mariusz Makuch ulubił ten spory skrawek zatorskiej dziedziny. Ulubił i uszanował ludzi, którymi ta Dolina Karpia stoi od wieków. Dzisiaj oddaje jej swoje przenikliwe „gospodarskie” patrzenie, przykłada do łąk, lasów, stawów respekt i dobrze spełniony obowiązek włodarza, nosi w sobie troskę pełną szacunku dla ludzkiego mozołu skrytego kształtem uprawianego pola i czystością wód zatorskich.

Niedziela, 19 czerwca 2005 r., w trakcie obiadu. Całkiem po południu. Niemal w ukryciu przed aktywnymi kasztelańcami, pozostającymi w permanentnej akcji od dwóch dni. Głodny jem łapczywie. Mała chwila po powrocie z „wyczerpującego i naukowo-weekendowego” Krakowa w bezruchu, w zatrzymaniu - siedzę i zatrzymuję na podniebieniu smak „nowych” ziemniaków. Zmęczenie i opad sił i wielka pokusa poszukania poziomego bezpieczeństwa rośnie we mnie z każdym przymknięciem sennych powiek.

Pokusa lenistwa coraz bliższa i silniejsza kiedy w małej słuchawce tylko urywane i lakoniczne słowa - „no to czekamy” - i sprawa jest jasna. „Klątwa” zatorskiego piękna i tak mnie dopada. Już wracam do siebie, „do rozumu". Już jadę na spotkanie. Zalewa mnie wstyd, że miałem odwagę przedłużać spożywanie obiadu, kiedy tam Andrzej Najduchowski sygnetem rodowym kreśli w powietrzu kształty pałacowych komnat, blaskiem oczu i hipnotycznym tembrem głosu wywołuje duchy Ankwiczówny i Sołtyka.

Jadę i widzę wyobraźnią, zanim jeszcze na miejscu i z samochodu..., jak chłopaki kasztelańcy elektroniką i chemią, w fotograficznym „blitzkriegu” sięgają po każdą drobinę uroków doliny Skawy, lessowych dolin nieodległej Laskowej, blasku i fali pobliskich stawów.

Światłem rzuconym na fotograficzne ciemnie zdejmują powłokę zachwytu w jaką natura opakowała to bliskie Nasze zatorskie „Och!". Drewniany kościółek, msza i liturgia, wiara zaklęta w ludzką skruchę, a wszystko to zlane w jeden obraz figur, polichromii, ołtarza i głosu celebrującego księdza. Gośka zachwycona klimatem i zapachem tej świątyni. No, nie widziałem, ale opowiadała mi nieco. Absolutnie wierzę w to, co powiedziała. W kościółku udało się jej być na osobistym spotkaniu z niedzielną tajemnicą dnia siódmego, dnia świętego, święciła dzień święty. A jeśli inaczej święciła? Nie miałem odwagi spytać czy inaczej. Ale może do kościoła i do tego spotkania z summą minionego tygodnia dotarła poprzez wszechobecną zieleń i toń wody, innego stawami światła porannego? No nie wiem. Przecież Wam mówię.

Okazało się, że lessowe „rynny” można znaleźć bez przemierzania setek kilometrów na lubelszczyznę. Wiatr i deszcz zmobilizował wysokie trawy, krzewy, łęgowe bogactwo do demonicznych póz i fotograficznych grymasów. Nałapali na flashowe karty i tradycyjne filmy robactwa najdziwniejszego, chmur w kawalkadzie, mężczyzn wpatrzonych w zatopione żyłki i wszystko mi się podobało. Opowiadają mi tu o gościnnym Grodzisku, wspaniałej atmosferze schroniska, plantacji róż i jeleniu, którego w końcu nie widzieli.

Pałac w Graboszycach pochłonął całą grupę ciekawskich. Dojechałem właśnie jak Andrzej Najduchowski o puklach włosów Ankwiczówny ukrytych mówił, co je za ruchomą cegłą znaleźli. Wyśmiali mnie (i pewnie słusznie), że nie wiedziałem jako nauczyciel historii, że cegła palcówka to taka szczególna cegła palcami robiona. Padały mądre słowa: polichromia, stratygrafia, kieszenie kominowe, stropy fryzy i inne. Z min wynikało, że rozumieją. Andrzej Najduchowski wiedział na pewno. Jego wiedza jak ten zamek, pełna zakamarków. Widziałem na szczęscie już wcześniej, przy innej okazji lapidarium. Kasztelańcy oglądnęli efekt wielkiej pracy odkrywkowej niemal, ale i budowlanej i architektonicznej.

Kto dziś nie pielgrzymuje do tego miejsca? Niewielu. Przybywają zaś studenci, profesorowie, konserwatorzy zabytków, no i z łasym spojrzeniem wiceburmistrz Mariusz. Wartość tego miejsca jest bodaj nie do przecenienia. A jak urośnie to w realne kształty i ostateczny wygląd, będzie rumieniec zachwytu tych, którzy byli wcześniej z aparatem z uwagą i czujnością.

No i tu już zdążyłem. Zobaczyłem uśmiechniętych, pochłoniętych niebanalnością ludzi objuczonych cywilizacyjnym brzemieniem. Zobaczycie sami jakie to brzemię potrafi wydać owoc, kiedy w rękach pasjonatów i ciekawskich.

Ile jeszcze takich miejsc w Królestwie Karpia? Jeden Mariusz Makuch nawet nie wie. Ale może postaramy się mu pomóc? Na kolejnych plenerach? Ja w każdym razie następnych razem odpuszczam obiad i nowe ziemniaki i już nie grzeszę myślą o odpoczynku. Jadę i chyba sprawię sobie także aparat. Bo swoim okiem może jeszcze inaczej dopełnię widzenie historii Zatora i okolic niźli Najduchowskiego i Makucha gadanie?

Jacek Polak

Galeria zdjęć (dzień pierwszy) 

Galeria zdjęć (dzień drugi)