"Kto żyje bez dyscypliny, ten umiera bez echa" (węgierskie)
Gości on-line: 26    
 
  21 października 2017 - wschód: 7:14, zachód: 17:41
  Imieniny obchodzą: Urszula, Celina, Hilary
pokaż wszystkie

Spotkania z Klio ... czyli Ocalenie mostu w Oświęcimiu

25.02.2008

 

 

Wczesnym rankiem 27 stycznia 1945 roku grupy zwiadowców radzieckich dotarły do mostu pod zamkiem. Mróz był tęgi. Mieszkańcy budynku Haberfelda w pobliżu mostu wychodzili do bram. Przeżyli atak lotniczy na Oświęcim i od kilku dni przebywali w obszernym schronie, bowiem w tych dniach życie całego miasta zeszło do piwnic.

U Haberfelda są mocne mury wytrzymają niejedno bombardowanie – mówili ukrywający się ludzie, także z innych ulic. W tym pełnym gorączkowego oczekiwania wolności, odgłosów bliskiego frontu, obecności w pomieszczeniach budynku Volksturmu, ogłuszającego huku wysadzanego przez Niemców mostu kolejowego, jedna z mieszkanek urodziła w piwnicy dziecko. Przyszło na świat pomiędzy ucieczką Niemców a nadejściem wolności.

Teraz ludzie wybiegali z piwnic. Świat był rozjaśniony nie tylko śniegiem. Patrząc na zmęczone twarze i spieczone wargi żołnierzy w futrzanych czapkach z czerwonymi gwiazdami, nie chcieli wierzyć w doczekaną wolność. Zwiadowcy obawiali się wejść na most. Wtedy wystąpił energiczny mężczyzna, podszedł do jednego ze starszych rangą żołnierzy i pełnym przekonania głosem tłumaczył:

- Nic Wam nie grozi... przewody są odcięte... most nie wyleci.

- Jeśli to prawda to pójdziesz z nami.

Razem z czterema żołnierzami wszedł na most. Wskazywał miejsca gdzie Niemcy założyli ładunki wybuchowe...

... To był oświęcimianin Paweł Kotulek - znany później prawdziwy społecznik, komendant oświęcimskiej Ochotniczej Straży Pożarnej, cieszący się powszechnym szacunkiem. Skąd miał tę pewność, że nikomu nic nie zagraża? Aby bliżej poznać okoliczności, w jakich doszło do ocalenia mostu na Sole w dniu wkroczenia oddziałów radzieckich, warto przypomnieć trochę wcześniejszych faktów.

Paweł Kotulek od 1928 roku pracował w rozlewni piwa „u Haberfelda”, tuż przy moście. Z miejsca pracy widział cały most. Pamiętał wysadzenie dwóch przęseł przez wycofujące się Wojsko Polskie w 1939 roku. Okupant zmuszony był szybko odbudować most, gdyż był on jedynym łączącym dworzec z miastem i pozostałymi drogami. Widział kolumny więźniów prowadzonych o świcie do niewolniczej pracy i słyszał przerażający tupot ich więziennych drewniaków na moście.

Sięgam do relacji spisanej przez nieżyjącego już od 1974 roku Pawła Kotulka, inicjatora i wykonawcy samodzielnej akcji mającej na celu przeszkodzenie Niemcom w wysadzeniu betonowego mostu na Sole:

... Licząc od miasta to w trzecim i czwartym filarze są włazy do filarów oraz po trzy rury przygotowane do wysadzenia mostu. Jesienią 1944 roku Niemcy wskutek zbliżającego się frontu wschodniego, założyli miny wypuszczając na spoinach filarów dwa przewody. Początkiem stycznia 1945 roku połączono te przewody drutami izolowanymi w kolorze czerwonym i jasno niebieskim, na obydwie strony mostu. Jedno połączenie prowadziło do budynku obecnej szkoły muzycznej (dawna Kolejowa, ob. Konarskiego - przyp.red.) a drugie przez ul. Berka Joselewicza na policję. Do wyminowania razem z mostem była podłączona piekarnia Niemca Morgewega. Wiedząc o powyższych przygotowaniach, myślałem o przeszkodzeniu Niemcom w wysadzeniu mostu, z czym zwierzyłem się Marianowi Lewińskiemu w czasie zakładania min przez Niemców. Na kilka dni przed wyzwoleniem, w okresie silnego bombardowania, mieszkaliśmy w piwnicy i byli tam lokatorzy z całego budynku. Wieczorem 23 stycznia 1945 roku między godz. 19 a 20 wyszedłem dolną bramą i obok muru dostałem się na skarpę mostu, gdzie leżały za rurą wodociągową przewody do wyminowania mostu. Jeden z tych przewodów przeciąłem kleszczami a następnie związałem na węzeł. Przez zmarzniętą Sołę przeszedłem na drugą stronę i to samo zrobiłem z przewodami na drugiej stronie. Most był strzeżony przez tzw. Volksturm i wartownik schronił się przed zimnem do naszej piwnicy.

Wykonując powyższe czynności odciąłem dopływ prądu z induktorów a następnie związując przewody na węzły nie rzuciłem podejrzenia na przecięcie i zwisanie przewodów. Wynikiem tego przedsięwzięcia jest to, że piekarnia wyleciała w powietrze od induktora z budynku obecnej szkoły muzycznej a most pozostał, gdyż wojska radzieckie przyszły szybko i niespodziewanie od strony miasta...

Pytałem wdowę po działaczu panią Elżbietę Kotulkową, która najbardziej była wtajemniczona w plany męża, dla kogo przeznaczył tę relację?

- Dla nas, dla rodziny. Będziecie mieć kiedyś po mnie pamiątkę – powiedział.

Rozmawiałem również z Marianem Lewińskim, przyjacielem Kotulka, z którym łączyło go wiele wspólnych przeżyć i lata bezinteresownej pracy w straży pożarnej. Potwierdza fakty zawarte w cytowanym opisie.

Taki był Kotulek, nigdy nie chełpił się swoim wyczynem. Strażak, pasjonat - zawsze pełen inicjatywy i chęci, długoletni radny, przywiązany do swego rodzinnego miasta. To przywiązanie potwierdził swoim działaniem.

Sądzę, że ten epizod z pamiętnych dni wyzwolenia jest wart przypomnienia i to nie tylko z okazji rocznicy.


Jest to relacja śp. Tadeusza Hutnego (1919 – 1994) spisana w kwietniu 1980 roku, z okazji przypadającej w owym roku 35. rocznicy wyzwolenia miasta Oświęcim. Dotarł do dokumentów i świadków tamtych dni. Był długoletnim działaczem Towarzystwa Miłośników Ziemi Oświęcimskiej, spisywał i opisywał podobne wydarzenia jako historyk-amator, miłośnik wszystkiego co oświęcimskie. Wiele pozostało po nim pamiątek a to właśnie jedna z nich.

Opracował Włodzimierz Liszka

Oświęcim, 22 lutego 2008 r.