"Lepsze sto druhów niźli sto rubli w kalecie" (rosyjskie)
Gości on-line: 21    
 
  19 października 2017 - wschód: 7:10, zachód: 17:44
  Imieniny obchodzą: Piotr, Michał, Ziemowit
pokaż wszystkie

Spotkania z Klio ... czyli Rozsławił rodzinne Dwory (Jan Kanty Szymeczko)

31.12.2008

 

 

Dla miłośników problematyki dziejów ziemi oświęcimskiej "Życiorys ks. dr Jana Kantego Szymeczki" jest niezwykle cennym dokumentem pamiętnikarskim. Autobiograficzna opowieść tego znanego kiedyś w Krakowie wieloletniego prezesa Archidiecezjalnego Koła Katechetów przedstawia inteligencki awans chłopskiego syna z Dworów koło Oświęcimia. Ks. Szymeczko był pierwszym kapłanem wywodzącym się z tej oświęcimskiej wioski, co podkreśla z dumą na kartach swego obszernego „curriculum vitae", a w ogóle drugim z rzędu dworzaninem po Janie Gworku, absolwencie seminarium nauczycielskiego, którzy ukończyli studia.

Tak jak w epoce renesansu synowie oświęcimskich mieszczan - Łukasz Górnicki i Andrzej Patrycy Nidecki - wędrowali po wiedzę do krakowskiej Alma Mater, tak u schyłku XIX w. synowie chłopów z wiosek dawnego Księstwa Oświęcimskiego, peregrynowali podobnym szlakiem w szeroki świat. Janek Szymeczko był jednym z chłopów-wizjonerów, którym dane było przeżyć objawienie Maryjne na ruinach podominikańskiego kościoła w Oświęcimiu w czasie pamiętnej procesji Bożego Ciała 31 maja 1894 r.

Jednak nie to cudowne wydarzenie, które przywołuje również w swym pamiętniku, wpłynęło zasadniczo na wybór drogi życiowej przyszłego kapłana i społecznika.

To jego ojciec ślubował kształcić na księdza chorowitego Jasia, jeśli przeżyje, bowiem pierworodny syn Antoniego Szymeczki i Anny z domu Gębołyś zmarł wkrótce po urodzeniu. A drugiemu, Janowi urodzonemu 27 sierpnia 1885 r. w Dworach należących do oświęcimskiej parafii, nawet najlepszy wówczas w okolicy lekarz nie rokował życia. I zdarzył się cud niczym w Mickiewiczowskiej epopei. Opłakiwany przez matkę umierający chłopczyna „martwą podniósł powiekę". Później Szymeczkowie doczekali się licznego potomstwa.

Autor pamiętnika wiele uwagi poświęcił swym przodkom, osiadłym według jego dociekań w tej starej wsi w początkach XVII w. Z miłością pisze o rodzicach, a szczególnie o barwnej postaci swojego ojca, który urodził się w 1860 r. Za jego czasów nie było jeszcze w Dworach szkoły. Zdolnym chłopcem zajął się miejscowy chłop - samouk. W zimowe wieczory uczył Antosia czytać i pisać i rozbudził w nim zamiłowanie do książek.

Ojciec ks. Szymeczki w dojrzałym wieku prenumerował „Głos Narodu", „Wieniec" i „Pszczółkę", tygodnik wydawany przez znanego działacza ludowego ks. Stanisława Stojałowskiego. Był nawet korespondentem tego pisma. Rozczytywał się również w pismach rolniczych. Z nich uczył się racjonalnego gospodarowania, prowadził poletka doświadczalne stosował sztuczne nawozy itp. Nie ograniczał się do własnego gospodarstwa, ale pragnął dzielić się zdobytymi doświadczeniami z innymi. Założył w rodzinnej wsi Kółko Rolnicze, które znalazło swą siedzibę w karczmie na tzw. Gworkach zakupionej przez gromadę od Fundacji Hallerowskiej.

Kiedyś Antoni Szymeczko w czasie wyborów wójta popadł w konflikt z pisarzem gminnym, który jednocześnie uczył dzieci. Miał więc powody, by oddać siedmioletniego wówczas Janka do szkoły męskiej w Oświęcimiu. Umieścił go na stancji u państwa Pilarskich. Z tą mieszczańską rodziną pozostawał w bliskich kontaktach dziadek Franciszek, który pełnił w tym oświęcimskim domu rolę pełnomocnika do spraw gospodarskich, furmanił, jeździł z paniami na wizyty. Tak po latach wspominał autor pamiętnika swoje wychowawczynie:

„W domu były (...) same kobiety dorosłe, a ja nie miałem swojego towarzystwa. A towarzysze mojego dzieciństwa nie należeli do przykładnych. Były to dzieci ulicy. Chłopcy używali obrzydliwych wyrazów i przekleństw... Koledzy lubili grać ze mną w guziki, bo miałem duże, które nazywali „bucokami". Gdy ich nie starczało, odrzynałem od ubrań Pań i moich..."

Opisy krainy dzieciństwa należą do najciekawszych. Autor oprowadza nas po Oświęcimiu z końca wieku. Tworzy sugestywne obrazy galicyjskiego miasteczka, prowadzi nas na jarmark, na który ściągały setki chłopów z okolic a dziatwa szkolna miała „wolny dzionek". Opowiada o świątobliwym proboszczu ks. Andrzeju Knyczu, którego otaczano tu szczególną czcią. Swą serdecznością i troską o ubogich zjednywał sobie nawet przeciwników. Poznajemy tereny obecnego Osiedla Chemików, wędrując z wiejskim chłopcem na tzw. Wielospągiew. Ukazuje również pikantne szczegóły o ówczesnym nauczycielu, który lubił zaglądać do kieliszka. Otrzymywał od rodziny Janka Szymeczki wynagrodzenie za rzekome udzielanie korepetycji z języka niemieckiego. Prawda była taka, że polecił swojemu dziesięcioletniemu synowi, szkolnemu koledze małego Szymeczki, by uczył go niemieckiego. A chłopcy jak to chłopcy - czas przeznaczony na naukę wypełniali sobie doskonałą zabawą. Starsza pani - jak ją określa - Antonina Pilarska, była nauczycielką i bardzo czynną działaczką społeczną. Lubiła oprócz różnych zajęć przygotowywać przedstawienia, do których wciągała małego Janka a nieraz i jego ojca. W 1896 r. zdał szczęśliwie wstępny egzamin do I klasy gimnazjum św. Jacka w Krakowie. Przez osiem lat był uczniem tej szkoły, która szczyciła się gronem wybitnych wychowawców. Dla wielu z nich praca w gimnazjum była wstępem do późniejszej kariery na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wakacje spędzał w rodzinnych Dworach, ale od miejscowych rówieśników doznawał nieraz wiele przykrości:

„Chłopcy zaczepiali mnie, gdy szedłem przez wieś, głównie przez Gworki. Wołali za mną „Gloryk, Gloryk! Drażnił ich mój mundur, który sprawiał, że byłem im obcy. (...) Starałem pozyskać sobie dzieci i to mi się udawało."

Charakteryzując ówczesnych mieszkańców Dworów stwierdza, że głównie dążyli do posiadania wielkiej ilości gruntów:

„Myśleli, by dorosłego syna ożenić z dziewczyną mającą dużo morgów. A jeśli pola nie mieli, wyjeżdżali do Ameryki, tam harowali na kopalniach, zarabiali dolary, odmawiali sobie wszystkiego, byle przywieźć lub przysłać żonie dużo pieniędzy na kupno ziemi. I moja babcia nie popierała zamiarów ojca, który chciał kształcić synów, bo uważała, że lepiej będzie wydać pieniądze na powiększenie gospodarstwa. Ojciec mój miał odmienne zdanie..."

Można sobie wyobrazić jego radość, gdy syn złożył egzamin dojrzałości w 1904 r. i to z wyróżnieniem. Jan Szymeczko nigdy w latach szkolnych nie ukrywał, że marzy o kapłaństwie. Niezwykle znamienne są jego zwierzenia na ten temat:

„I tak jak Mickiewicz powiedział o swej roli w narodzie "Chcę go dźwignąć, uszczęśliwić, chce nim cały świat zadziwić", tak samo mnie się zdawało, że będę mógł tego dokonać jako ksiądz, że będę zbierał pieniądze, by zbudować dom dla biednych w Dworach..."

W 1904 r. wstąpił do krakowskiego Seminarium Duchownego, którego rektorem był wówczas bp Anatol Nowak. Seminarzyści mieszkali w świeżo oddanym budynku na Podzamczu. Przez pełne cztery lata kandydaci do kapłaństwa mieli dni po brzegi wypełnione pracą, nauką i ćwiczeniami duchowymi. Nie było mowy o żadnych zwolnieniach na święta, uroczystości rodzinne (z wyjątkiem uczestnictwa w pogrzebie najbliższych członków rodziny). Wakacje spędzali studenci teologii w Tyńcu.

Wszyscy seminarzyści studiowali na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, w którego pomieszczeniach odbywały się wykłady. Kleryk Szymeczko należał do wyróżniających się słuchaczy. Na III i IV roku otrzymywał znaczące nagrody. Np. na ostatnim roku studiów za pomoc prof. Gromnickiemu przy pisaniu dzieła „Świętopietrze" otrzymał nagrodę 100 koron (za tę kwotę jna było wówczas kupić krowę). Na zdolnego i pracowitego chłopca z Dworów zwrócił uwagę dziekan UJ ks. dr Franciszek Gabryl, który w przyszłości był promotorem naukowej pracy młodego kapłana na temat historyczności postaci Chrystusa.

Święcenia otrzymał 5 lipca 1908 r. Pierwszą mszę odprawił za radą ojca duchownego przed ołtarzem swego patrona św. Jana Kantego w kościele Św. Anny. Jego rodzony ojciec trochę się zżymał o to, twierdząc, że pierwszą mszę winien odprawić w Oświęcimiu. 12 lipca, tydzień po świeceniach, miał prymicje w oświęcimskim kościele parafialnym, w którym był kiedyś chrzczony. Uroczystość była wspaniała. Honorowano pierwszego księdza z Dworów. Pięknie umajono jego rodzinny dom. Na drodze wiodącej do kościoła, ustawiono sześć bram triumfalnych. Całą długą trasę przebył pieszo prowadzony procesjonalnie. Nastrój świątecznego pochodu podkreślała orkiestra.

Najpierw przez dwa lata pracował w parafii Wilamowice, a następnie do 1912 r. w Wadowicach. W tym czasie po złożeniu odpowiednich egzaminów i napisaniu pracy pod kierunkiem wspomnianego ks. dziekana F. Gabryla, uzyskał tytuł doktora teologii na UJ. Wysoko oceniona praca Jezus Chrystus w świetle najstarszych dokumentów" ukazała się drukiem w 1913 r. Otworzyła mu również drogę do kontynuowania studiów za granicą. Promotor wystarał mu się o stypendium z austriackiego ministerstwa oświaty i wyznań. Zgodnie z sugestią księcia bp Adama Sapiehy, wyruszył do Szwajcarii, by kontynuować studia z zakresu ścisłej filozofii na Uniwersytecie we Fryburgu.

Owocem jego pracy naukowej były jeszcze dwa dzieła: „Przedmiot apologetyki" (1917 r.) i „Etyka" (1933 r.) oraz liczne publikacje w przedwojennym „Przeglądzie Katechetycznym". Jednak nie praca naukowa a działalność pedagogiczna i społeczna stały się głównymi pasjami jego aktywnego życia. Po powrocie ze Szwajcarii wyznaczono go na stanowisko wikariusza w Wieliczce i powierzono mu obowiązki katechety w szkole realnej.

Ponownie znalazł się w Krakowie w 1917 r. Odtąd przez wiele lat pracował w krakowskich szkołach powszechnych (Św. Barbary i Jadwigi), prowadził bursę, w której szczególną troską otaczał swych rodaków z Dworów idących jego śladami. Najmilej wspominał pracę w „swoim" gimnazjum św. Jacka. Później był profesorem w trzech innych krakowskich szkół średnich. Łącznie pracował w szkolnictwie 48 lat. Za pracę pedagogiczną odznaczył go ks. kardynał A. Sapieha tytułem kanonika honorowego.

Był urodzonym społecznikiem. Nie sposób wyliczyć jego wszystkich dokonań na tym polu. Dla przykładu godzi się wymienić ważniejsze funkcje, jakie pełnił w organizacjach społecznych. Był prezesem Stowarzyszenia Rzemieślniczego „Zgoda" w Wadowicach, prezesem „Jagiellonii" skupiającej młodzież studiującą w Szwajcarii, był sekretarzem towarzystwa kolonii wakacyjnych dla młodzieży szkół średnich, sekretarzem Zarządu Koła Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych a w latach 1933-1938 radnym miasta Krakowa.

W życiorysie ks. Szymeczki jest wiele wątków. Na mnie wielkie wrażenie wywarły szczególnie barwne karty pamiętnika, w których autor opowiada o swych często przygodnych spotkaniach z wybitnymi postaciami epoki. Już jako jedenastoletni chłopak, po raz pierwszy przybył z ojcem do Krakowa, zobaczył na dworcu więźnia prowadzonego przez żandarmów. Był nim, jak mu wyjaśnił ojciec, ks. Stojałowski, słynny trybun ludowy, który raz gościł w domu Szymeczków. Jako gimnazjalista był przygodnym obserwatorem ślubu Lucjana Rydla z bronowicką panną. Innym razem był świadkiem, jak Rydlowie prowadzili ulicą Podwale krowę na targ. „Elegant Rydel cieniutką czarną laseczką popędzał krowę. Ludzie przystawali, śmiali się, ale to na nich nie robiło najmniejszego wrażenia". Jako seminarzysta uczestniczył w pogrzebie Wyspiańskiego.

Okres jego pobytu w Szwajcarii obfitował w spotkania z niepospolitymi rodakami, którzy osiedli w tym kraju, odwiedzał polskie skupiska. Nieraz wędrował śladami naszych wielkich romantyków. W 1915 r. uczestniczył w pogrzebie jednego z najpoczytniejszych pisarzy polskich XIX w. Tomasza Teodora Jeża, który zmarł w Lozannie. „Ignacy Paderewski zatelefonował do mnie i prosił, bym jako prezes „Jagiellonii" przybył z delegacją na pogrzeb."

Ze wspomnień ks. Szymeczki dowiadujemy się, że w imieniu akademików przemawiał kol. Ogarek, imieniem Polaków żegnał pisarza Sienkiewicz, w imieniu Kolonii Polskiej w Lozannie I. Paderewski. Po uroczystościach żałobnych Ignacy Paderewski podejmował delegacje obiadem. „Mnie wypadło miejsce obok Sienkiewicza" - wspomina z rozrzewnieniem nasz krajan z Dworów. Niezwykle interesujące są jego relacje ze spotkania z księciem kardynałem Sapiehą w czasach dla Kościoła bolesnych, w okresie sfingowanych procesów. „Trzymajmy się razem, bo nas zjedzą" - rzekł kiedyś ks. kanonikowi na pożegnanie.

Nie sposób omówić w krótkim artykule bogatej biografii kapłana, którego dewizą życiową było czynić dobrze wszystkim, uszczęśliwiać ludzi.

Lubił przyjeżdżać do Oświęcimia. W ostatnim okresie życia pomagał w pracy duszpasterskiej w kościele Wniebowzięcia NMP oraz w prowadzeniu kancelarii parafialnej. Tydzień przed śmiercią zasłabł w czasie odprawiania mszy św.

Zmarł 5 kwietnia 1961 r. Odprowadzał go wielotysięczny kondukt pogrzebowy na oświęcimski cmentarz, gdzie spoczął w rodzinnym grobowcu w pobliżu kaplicy.

Jan Ptaszkowski

Drugie, uzupełnione i poszerzone wydanie książki Jana Ptaszkowskiego "Opowieści spod zamkowej góry" planowane jest na marzec 2009 r.