"Lepsze sto druhów niźli sto rubli w kalecie" (rosyjskie)
Gości on-line: 22    
 
  19 października 2017 - wschód: 7:10, zachód: 17:44
  Imieniny obchodzą: Piotr, Michał, Ziemowit
pokaż wszystkie

Spotkania z Klio ... czyli Bolesław Staroń wspomina ...

28.07.2009

 

 

Bolesław Staroń, ur. 9 maja 1919 r. w Adlershof-Berlin, zamieszkały w Warszawie, emerytowany starszy radca Departamentu Postępu Technicznego i Nadzoru Budowlanego w Komitecie Budownictwa Urbanistyki i Architektury w Warszawie, były więzień KL Auschwitz (nr 127829) i Leitmeritz (nr 30512), złożył relację dotyczącą Jego pobytu w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych. Z inż. Bolesławem Staroniem, który niedawno ukończył dziewięćdziesiąt lat, rozmawiał Adam Cyra, starszy kustosz Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Moim współtowarzyszem niedoli w bunkrze bloku nr 11 latem 1944 r. był dwudziestoletni Edek Galiński (nr 531), pochodzący z Jarosławia, który w przebraniu esesmana i z bronią uciekł z obozu w Brzezince wraz z belgijską Żydówką, pochodzącą z Polski - Malą Zimetbaum. Niestety po kilku dniach zostali schwytani. Edek opowiadał mi, że stało się to już w pobliżu granicy ze Słowacją. Mala chciała w jednej z miejscowości – jeszcze po polskiej stronie – kupić coś do jedzenia, oferując jako zapłatę złoto, które wynieśli z obozu. Zwróciła tym na siebie uwagę kogoś, kto doniósł o jej pobycie Niemcom. Aresztowano ją, kiedy wracała ze sklepu do znajdującego się w pobliżu Edka. Przyrzekli sobie, że nigdy się nie rozstaną i wzajemnie nie opuszczą. Edek nie uciekał i wykonał polecenie żandarma niemieckiego: „Mützen ab!”, zdejmując czapkę i pokazując ogoloną głowę, czym zdradził, że jest więźniem, który zbiegł z obozu. Zostali przywiezieni na powrót do obozu oświęcimskiego.

Przebywając w jednej celi z Edkiem, nigdy od niego nie dowiedziałem się, że Mala też była więziona w bloku nr 11. Zastanawiało mnie jednak zachowanie Edka, który zawsze po wieczornym apelu, odbywającym się podobnie jak apel poranny w celi, stawał przy skośnym otworze okiennym i pięknie śpiewał włoską piosenkę „Serenata in Messico”. Podobno skomponował, czy też przed wojną napisał do niej słowa Claudio Villa, o czym dowiedziałem się dopiero niedawno. Do dzisiaj potrafię zanucić i zagrać jej melodię, nie pamiętając już słów, które Edek śpiewał podczas wielu więziennych nocy w Bloku Śmierci. W ciszy nocnej jego śpiew lub czasami tylko gwizd mocnym echem wracał do bunkra. Nie domyślałem się wtedy, że w ten sposób daje o sobie Mali znak życia, a także kolegom współwięźniom, których miał tak wielu w obozie. Edek był przystojny, wysoki i dobrze zbudowany. Nic więc dziwnego, że podobał się tej dziewczynie.

W celi, w podziemiach bloku nr 11, gdzie przebywałem tylko z Edkiem, umieszczono około 20 lipca 1944 r. jeszcze trzeciego więźnia. Okazał się nim Żyd słowacki o nazwisku Nikolaus Engel, który uciekł z bloku nr 11, wydostając się poza obóz, lecz wkrótce schwytano go i z powrotem osadzono w bunkrze. Był to młody i silnie zbudowany mężczyzna, oficer armii czechosłowackiej. Edek dobrze rozumiał Engla, mówiącego po słowacku lub czesku, ja trochę mniej. Mówił o nim, że przywieziono go do bloku nr 11 z jakiejś kopalni (prawdopodobnie Jawiszowice). Nie wtajemniczał mnie jednak w bliższe okoliczności aresztowania Engla.

Pewnego dnia w lecie 1944 r. usłyszeliśmy odgłosy zbijania szubienicy na placu obozowym. Nerwy mieliśmy napięte do granic wytrzymałości, lecz nie wiedzieliśmy, kto będzie skazańcem. Zdążyliśmy jednak, na wszelki wypadek, wzajemnie pożegnać się. Z naszej celi zabrano Nikolausa Engla, natomiast ja z Edkiem Galińskim nadal w niej pozostałem. Po krótkim odstępie czasu od jego wyprowadzenia obydwaj usłyszeliśmy bardzo donośny okrzyk więźniów stojących na placu apelowym w obozie macierzystym w Oświęcimiu i zmuszonych obserwować przebieg egzekucji, co było dotychczas niespotykane w obozie: „aaa...!”

Myślałem, że wśród więźniów wybuchł bunt, bo na apelu zgromadzono ich co naj-mniej kilka tysięcy i powiedziałem do Edka Galińskiego, który wraz ze mną był więziony w bunkrze bloku nr 11, że chyba bramę wyważają i uciekają z obozu, a o nas mogą zapomnieć. Nagle jednak zapanowała cisza, przerwana po niedługim czasie krokami kilku osób idących w kierunku celi, w której przebywaliśmy zupełnie zdezorientowani, co to wszystko ma znaczy.

Zaświeciło się światło i drzwi celi otwarto. Ku naszemu zdumieniu do jej wnętrza wprowadzono Engla z krwawym i sinym obrzękiem na szyi. Była to pręga – jak nam powiedział - po sznurze, na którym krótko zawisł na szubienicy, lecz ten zerwał się pod ciężarem jego ciała. Ucieszyliśmy się, że żyje i zacząłem Engla pocieszać, aby się nie martwił, bo prawo międzynarodowe w takich wypadkach skazańcowi darowuje życie. Niedługo trwała nasza radość, bo na nowo usłyszeliśmy odgłos zbliżających się kroków. Pożegnałem się z Englem i byliśmy pewni, że esesmani idą po jednego z nas. Po otwarciu drzwi ponownie został zabrany Engel, który tym razem już nie wrócił. Okazało się, że jeszcze w tym samym dniu przewieziono go do Brzezinki i tam stracono.

Dowiedzieliśmy się później, że Engla miał wieszać kalefaktor Jakub, który celowo zrobił za długą pętlę, która nie wytrzymała ciężaru skazańca. Po nieudanej egzekucji zamknięto Jakuba w celi nr 17 zarzucając mu, że on ten sznur nadciął. Jakub zdołał się jednak wybronić od tego zarzutu i wkrótce wypuszczono go z bunkra i przywrócono do poprzednich obowiązków.

Nigdy nie zdradziłem ani Englowi, ani Edkowi, że uwięziono mnie w bunkrze za „organizowanie” ubrań do ucieczek. Edek domyślał się jednak tego i raz znacząco, wymownie artykułując to słowo, powiedział: „messengrupa” (grupa pomiarowa), dodając jeszcze: „wiadomo”. W miarę upływu czasu staliśmy sobie bliżsi, szczególnie po tragicznej śmierci Engla, z którym zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić i jego utratę odczuliśmy boleśnie. Dotyczyło to szczególnie Galińskiego, który rozmawiał zawsze z Englem jak z bliskim sobie „kumplem”. Świetnie się obydwaj rozumieli, mnie zaś Edek uważał za więźnia mniej doświadczonego i był w stosunku do mnie bardzo opiekuńczy. Później Edek powiedział mi, że wiedział o planowanej egzekucji Engla, ale nie chciał o tym mówić.

Siedząc w ciemnościach bunkra marzyliśmy o tym, żeby znowu zobaczyć słońce. Edek doradził mi, żebym zameldował o swej rzekomej gruźlicy, co nierozważnie uczyniłem. Wprawdzie na pewien czas opuściłem bunkier, zaprowadzony przez eskortującego mnie esesmana do bloku szpitalnego, gdzie wykonano mi prześwietlenie płuc. Kiedy jednak rentgen wykazał mój dobry stan zdrowia, esesman „walnął” mnie tak mocno kilka razy, że ledwie się dowlokłem z powrotem do celi. Byłem wściekły na Edka. Ten jednak umiejętnie rozładował mój gniew stwierdzeniem: „Ciesz się, że nie masz gruźlicy!” Tym powiedzeniem Edek bardzo wzmocnił mnie psychicznie, bo wtedy uzmysłowiłem sobie, że śpiąc na betonie, rzeczywiście mogłem się jej nabawić. Nawet byłem mu za to wdzięczny, że tak się nie stało i przez kilka dni powtarzałem w duchu jego słowa, które dodały mi tyle otuchy.

Edek przypuszczał, że zostanę uwolniony z bunkra i jako bardziej doświadczony ode mnie w sprawach obozowych wiedział, że każdy zwalniany nie może stąd wyjść, je-żeli nie otrzyma wcześniej dwadzieścia pięć uderzeń bykowcem na „koźle” w pośladki. Stąd też instruował mnie jak należy zachować się podczas tego bicia. Edek radził mi, abym nie naprężał pośladków, bo wtedy po wymierzeniu kary chłosty następuje ropienie i gnicie ciała oraz wdać się może gangrena. Mięśnie pośladków muszą być odprężone – mówił – uderzając mnie po tej części ciała, aby sprawdzić, czy potrafię je właściwie rozluźnić.

Niedługo przed moim zwolnieniem z bunkra Jakub zorganizował po apelu wieczornym półgodzinne spotkanie Edka Edka i Mali Zimetbaum. Pamiętam, że Edek razem z nim wyszedł z celi, ale nie wiem, gdzie ono się odbyło. Przypuszczam jednak, że to spotkanie miało miejsce w bloku nr 11. Po tym krótkim widzeniu Galiński był niesamowicie smutny. Powiedział, że widział się z Malą, ale więcej nie chciał nic mówić. Przypominam sobie, że jeszcze tego samego wieczoru Edek zaczął w tynku celi nr 18 wykonywać rysunek twarzy jakiejś kobiety. Przypuszczam, bo tego w rozmowie ze mną nie zdradził, że to był portret Mali. Miał również zwyczaj wykonywania napisów w tynku ścian cel, w których przebywaliśmy, m.in. często wydrapywał w tynku przy pomocy łyżki swoje imię i nazwisko oraz Mali Zimetbaum, ich numery obozowe oraz datę ich schwytania w pobliżu granicy słowackiej: „6 VII 1944 r.”

Zgodnie z przypuszczeniami Edka przed zwolnieniem z bunkra przeszedłem „ceremoniał” chłosty, którą wymierzono mi na „koźle”, ustawionym w pomieszczeniu na parterze w bloku nr 11. Uderzania były tak mocne, że oprócz doznawanego bólu aż mi huczało w głowie. Spadające razy musiałem liczyć w języku niemieckim. Na szczęście nie pomyliłem się w liczeniu i nie zemdlałem, otrzymując dwadzieścia pięć uderzeń w pośladki. W przeciwnych sytuacjach, karę chłosty wymierzono by mi od nowa.

Wcześniej Edek często mi powtarzał, że otrzymam karę chłosty odchodząc z bunkra. „To masz jak w banku” – żartował. Wraz ze mną kara ta została wymierzona także kilku innym więźniom, których przyprowadzono z obozu lub też z bunkra. Na tym ona dla mnie jednak nie skończyła się, bowiem podnosząc się z „kozła” nierozważnie popatrzyłem na umundurowanego oprawcę, któremu nie spodobało się moje spojrzenie. Esesman ten wówczas tak mnie uderzył w twarz, że straciłem przytomność i odzyskałem ją dopiero, kiedy byłem już z powrotem w celi, nie wiadomo przez kogo tam zaniesiony.

W bunkrze przebywałem jeszcze dwa dni, nie mogąc ani siedzieć, ani leżeć, po czym przeniesiono mnie na pierwsze piętro bloku nr 11 do dużej celi, w której znajdowały się dwupiętrowe prycze. Jeszcze przez dwa tygodnie miałem spuchnięte pośladki i odczuwałem piekący ból. Dzięki instrukcjom Edka uniknąłem jednak poważniejszych komplikacji, przed którymi mnie tyle razy ostrzegał. Z celi nr 18 – w tym samym dniu, kiedy ją opuściłem, lecz nieco wcześniej ode mnie – wyprowadzono także Edka Galińskiego i dopiero po wojnie dowiedziałem się o dramatycznych okolicznościach jego egzekucji przez powieszenie w Brzezince, gdzie również stracona została Mala Zimetbaum.

Relację spisał: Adam Cyra