"Głodnego bajkami nie nakarmisz" (rosyjskie)
Gości on-line: 25    
 
  24 października 2017 - wschód: 7:19, zachód: 17:35
  Imieniny obchodzą: Marta, Marcin, Rafał
pokaż wszystkie

Spotkania z Klio ... czyli Katowicka gilotyna w zbiorach Muzeum AB

09.08.2010

 

 

W katowickim więzieniu, mieszczącym się przy ulicy Mikołowskiej, czynna była gilotyna, na której wykonywano wyroki śmierci na ludności polskiej ze Śląska, Zagłębia Dąbrowskiego i Podbeskidzia. Hitlerowcy uciekając z Katowic pod koniec stycznia 1945 r. zakopali ją nocą na cmentarzu w pobliskich Bogucicach.

Prezes Zarządu Głównego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, Mirosław Domin, zamierza obecnie zrealizować przy pomocy pracowników telewizji katowickiej film na temat ponurej i tragicznej historii tej gilotyny, równocześnie zamierza zabiegać o to, żeby wróciła ona do Katowic, bowiem po wojnie władze przekazały ją do Muzeum oświęcimskiego. Tam dzisiaj rozłożona na części leży w muzealnym magazynie i mało kto o niej wie.

Odnaleziona po wojnie gilotyna przez kilka lat stała na strychu budynku Wojewódzkiej Komendy Milicji Obywatelskiej w Katowicach. Najprawdopodobniej jeszcze w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku przekazano ją do zbiorów Muzeum Oświęcim-Brzezinka.

Państwowe Muzeum Oświęcim-Brzezinka (obecnie Auschwitz-Birkenau) przejmując ten unikalny eksponat, sporządziło protokół, w którym m.in. odnotowano: "Gilotyna złożona z trzech części: metalowego obramowania z ostrzem na prowadnicach, skórzanym pasem oraz mechanizmem korbowym i drewnianym elementem z otworem na szyję. Jest również pojemnik na głowę o wymiarach 41 na 51 cm i prycza o długości 136 cm. Ostrze ma ciężar 51 kilogramów, wysokość gilotyny wynosi 235 cm".

Od października 1941 r. do stycznia 1945 r. w katowickim więzieniu ścięto na niej 552 osoby, w tym 48 kobiet. Gilotyna działała jeszcze na kilka dni przed wejściem do miasta żołnierzy sowieckich. Nie wiadomo dokładnie, kim były wszystkie jej ofiary, bowiem hitlerowcy spalili większość szczegółowej dokumentacji, ale w katowickim Urzędzie Stanu Cywilnego pozostały spisy zamordowanych. Wiadomo, że ścięto na niej m.in. ks. Jana Machę i publicystę dr. Pawła Musioła.

Gilotyna ta stała w osobnym parterowym budynku z czerwonej cegły, który przylegał do gmachu więzienia w Katowicach. Mjr Zygmunt Walter-Janke, ostatni komendant Okręgu Ślaskiego AK, w swoich wspomnieniach napisał w oparciu o relacje świadków: "Atmosfera grozy i lęku dochodziła szczytu co noc między godz. 22:00 i 24:00. W tym czasie wyprowadzano skazańców na egzekucję. Odbierano im ubranie, dając w zamian papierową koszulę. Przed egzekucją skazańca strzyżono i wygalano mu szyję. Zakutego w kajdany wprowadzano do izby straceń."

Na tej gilotynie miał być także stracony ks. Franciszek Blachnicki, po wojnie założyciel Ruchu Światło-Życie, który urodził się w 1921 r. w Rybniku. Miał zaledwie 19 lat, gdy ujęło go gestapo. Najpierw trafił do KL Auschwitz, gdzie oznaczono go numerem 1201 . Po kilkunastu miesiącach pobytu w tym obozie otrzymał wyrok śmierci przez ścięcie. Siedział pięć miesięcy w katowickiej celi więziennej, czekając na jego wykonanie. Był u kresu wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Obiecał sobie wtedy, że jeśli przeżyje, zostanie księdzem i życie poświęci Bogu - młodego Polaka ułaskawiono. Z powrotem wrócił do obozu, przeszedł ich jeszcze kilka. Wiosną 1945 r. uwolnili go żołnierze amerykańscy w jednym z nich na terenie Niemiec.

Ks. Franciszek Blachnicki zawsze sprzeciwiał się totalitaryzmowi. Stan wojenny w 1981 r. zastał go poza granicami kraju. Osiadł w Carlsbergu w Niemczech, gdzie zmarł w 1987 r.

Gilotyna katowicka jest także związana z historią KL Auschwitz, bowiem ciała ściętych w Katowicach przywożono do krematoriów w KL Auschwitz i tam spalano. Muzeum Auschwitz-Birkenau posiada nawet w swoich zbiorach rysunek żydowskiego więźnia z Francji, członka Sonderkommando, Davida Olere, na którym widać, jak z ciężarówek znoszone są do krematorium ciała w skrzyniach, a obok leżą odcięte głowy.

Głównym bohaterem obecnie realizowanego filmu z inicjatywy Zarządu Głównego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem będzie wspominany już ks. Jan Macha, pochodzący z Chorzowa Starego, który został zgilotynowany w katowickim więzieniu w nocy z 2 na 3 grudnia 1942 r.

Ostatnia wola zamordowanego została przez niego zapisana w następujący sposób: "Pogrzebu mieć nie mogę, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek, żeby, od czasu do czasu, ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie Ojcze Nasz (...)". Pogrzebu rzeczywiście nie było a zwłoki ks. Jana Machy, który miał zaledwie 28 lat, zostały przewiezione do Oświęcimia i spalone w obozowym krematorium nr 1.

Po wojnie, zgodnie z wolą ofiary hitlerowskiej przemocy, na cmentarzu przy kościele w Starym Chorzowie, urządzono "cichy zakątek” i dokonano symbolicznego pochówku ks. Jana Machy. W tym miejscu umieszczono czarną tablicę z wielkim krzyżem a na niej napis: "Przechodniu! Ciała mojego tu nie ma, ale odmów Ojcze Nasz za spokój mojej duszy."

dr Adam Cyra