KASZTELANIA.PL - PIERWSZY OŚWIĘCIMSKI PORTAL INTERNETOWY

FORUM DYSKUSYJNE
Teraz jest poniedziałek, 26.06.2017, 6:19

Strefa czasowa: UTC [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 12 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: poniedziałek, 11.01.2016, 16:25 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): niedziela, 30.09.2007, 9:44
Posty: 135
Ujrzał ducha?

Komentarz • specjalnie dla www.michalkiewicz.pl • 9 stycznia 2016

Jeszcze nie minęło 48 godzin od godzinnej, poufnej rozmowy prezesa Trybunału Konstytucyjnego, pana prof. Andrzeja Rzeplińskiego z panem prezydentem Andrzejem Dudą, a już Trybunał Konstytucyjny odroczył termin rozpatrywania skarg na uchwały sejmu dotyczące wyboru sędziów Trybunału. Posiedzenie, które miało rozpocząć się 12 stycznia, zostało odroczone, póki co, bez wyznaczenia następnego terminu. Ani pan prezydent, ani pan prezes Trybunału, którego przesłuchaniu I stopnia poddał mianowany na proroka mniejszego (i stąd ten tylko I stopień, bo do przesłuchań II i III stopnia trzeba mieć specjalne zezwolenie od RAZWIEDUPR-a), nie puścił farby, co właściwie spowodowało, że prześwietny, niezawisły – bo jakże by inaczej – Trybunał Konstytucyjny – jednak odroczył rozpatrywanie zasadności tych wszystkich skarg – bo przecież od strony konstytucyjnej żadna zmiana nie nastąpiła. Konstytucja jest cały czas taka sama, jak była i przedtem, podobnie jak teorie sławnych jurysprudensów – na przykład pana profesora Zolla, czy pani profesor Ewy Łętowskiej.

Inna rzecz, że ci jurysprudensi, owszem kombinują, ale w granicach wyznaczonych przez starszych i mądrzejszych. Pamiętam, jak w roku 1990, kiedy jeszcze pod rządami konstytucji z czasów PRL, została uchwalona ordynacja wyborcza, wprowadzająca przywileje dla reprezentantów mniejszości niemieckiej w Polsce. Był to rezultat traktatu „o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” z Niemcami, zawartego z Polską między innymi wskutek straszenia pana ministra Krzysztofa Skubiszewskiego ujawnieniem faktu jego współpracy z SB pod pseudonimem „Kosk”. Ujawnił to jeszcze wiosną 1992 roku ówczesny doradca premiera Jana Olszewskiego Krzysztof Wyszkowski, ale wszyscy udali, że tego nie dosłyszeli. Z tego właśnie powodu posłowie UPR, a konkretnie – Janusz Korwin-Mikke, wniósł o podjęcie uchwały, nakazującej ówczesnemu ministrowi Spraw Wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi, przekazanie Sejmowi informacji, którzy z posłów i senatorów, ministrów i wojewodów, byli w przeszłości konfidentami UB i SB. Jak wiadomo, obydwie strony siuchty „okrągłego stołu”, to znaczy – RAZWIEDUPR i jego konfidenci z tak zwanej „lewicy laickiej”, doprowadziły do obalenia rządu premiera Olszewskiego (wniosek w tej sprawie złożył poseł Jan Maria Rokita, dzisiaj za plecami małżonki Nelly udający osobę prywatną), w następstwie czego konfidenci poczuli się bezpiecznie i bez ceregieli ciułali sobie kariery pilotowane przez oficerów prowadzących z Wojskowych Służb Informacyjnych.

Warto dodać, że materiały dotyczące agentów WSI nie zostały 4 czerwca 1992 roku ujawnione przez ministra Macierewicza, podobnie jak informacje dotyczące agentów SB przejętych przez UOP, na którego czele już wkrótce został postawiony generał Gromosław Czempiński, zasłużony dla komuny ubek, który miał na tyle przytomności umysłu, że w odpowiednim momencie przewerbował się do Amerykanów. Warto przypomnieć w związku z tym scenę z posiedzenia Klubu Parlamentarnego Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Jego przewodniczący, Jan Krzysztof Bielecki, 4 czerwca 1992 roku zwołał posiedzenie klubu, a kiedy już wszyscy się zebrali, wszedł z zalakowanymi kopertami i odezwał się w te słowa: nie zaglądałem, nie czytałem – ale który był – niech wstanie. Wstało kilku posłów, między innymi poseł Jacek Merkel – jak się okazało – niepotrzebnie, bo jego fiszki w kopercie dostarczonej przez ministra Macierewicza nie było, bo był już przejęty przez RAZWIEDUPR pozostający w służbie „demokratycznego państwa prawnego”.

Takim jednak momentom zawsze towarzyszą traumatyczne przeżycia, jak zresztą w każdym przypadku, kiedy człowiek zobaczy ducha w jego straszliwej postaci. Taka właśnie sytuacja miała miejsce w przypadku pana Jana Marii Rokity, podówczas krwistego szefa Urzędu rady Ministrów przy pani premierzycy Hannie Suchockiej, dosychającej potem na placówce ambasadora RP przy Watykanie. Zdarzyło się otóż, że w ramach „falandyzacji” uprawianej przez naszego Kukuńka, mianował on Marka Markiewicza przewodniczącym Krajowej Rady Radiofoniii Telewizji. Na takie dictum zawrzał gniewem szef Urzędu Rady Ministrów Jan Maria Rokita, w następstwie czego żydowska gazeta dla Polaków pod redakcją Adama Michnika opublikowała notatkę, zawierającą fragmenty gniewnego listu, jaki Jan Maria dwojga imion Rokita skierował do Kukuńka, że „położy kres” i tak dalej tym praktykom. Aliści już następnego dnia żydowska gazeta opublikowała dementi Jana Marii, w którym dowodził on, iż żadnego listu do redakcji „GW” nie wysyłał – chociaż fragmenty drukowała ona wyróżniając je kursywą.

Najciekawsze, że żydowska gazeta wydrukowała to dementi bez żadnego komentarza – chociaż przeważnie wcale nie drukuje sprostowań swoich kłamstw. Przyczyna wyjaśniła się dopiero po miesiącu, gdy to się dowiedziałem, że kiedy tylko gniewne oświadczenie pana Jana Marii Rokity ukazało się w żydowskiej gazecie, zadzwonił do niego pan profesor Jerzy Konieczny, z zaproszeniem na kawę. Po tym bliskim spotkaniu III stopnia Jan Maria udał się na kilka dni do Zakopanego, żeby jakoś dość do równowagi, ale nie zapomniał o dementi – bo periculum in mora. Tak bywa, kiedy człowiek zobaczy ducha, zwłaszcza takiego, o którym myślał, że on już umarł – a tymczasem zobaczy go nie tylko żywego, ale w całej, straszliwej postaci.

Ciekawe tedy, co zobaczył pan prof., Andrzej Rzepliński podczas godzinnej rozmowy za zamkniętymi drzwiami u pana prezydenta, któremu pan minister Antomi Macierewicz mógł przecież to i owo powiedzieć na temat zawartości Zasobu Zastrzeżonego Instytutu Pamięci Narodowej, w którym Wojskowe Służby Informacyjne zdeponowały dane swoich konfidentów w przekonaniu, że nigdy, a w każdym razie nieprędko ujrzą one światło dzienne. Ale co jeden człowiek zakrył, to drugi odkryje i pewnie dlatego i z pana prezesa Rzeplińskiego zaczyna uchodzić powietrze i Trybunał spuszcza z tonu, a nawet przedstawicielka Komisji Europejskiej w naszym nieszczęśliwym kraju, w rozmowie z ministrem Szymańskim zaprezentowała zacznie miększą rurę. Tak właśnie śpiewał na melodię „Noczki tiomnoj” improwizowany kabaret w Mińsku Litewskim w koszmarnych czasach I wojny światowej co skrupulatnie relacjonuje Michał Pawlikowski w książce „Wojna i sezon”: „Sidiem bratcy, potołkujem, czto nam diełat’ s miagkim ch...m”. Wygląda na to, że ta cała strategia RAZWIEDUPR-a z „obroną demokracji” na nic! To już nie mogli wystawić na fasadę jakieś normalnego człowieka? Już nie mają żadnego cywila? Ładny interes!

Stanisław Michalkiewicz


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: niedziela, 7.02.2016, 10:50 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): niedziela, 30.09.2007, 9:44
Posty: 135
26 lutego 2016 r.

Spotkanie ze Stanisławem Michalkiewiczem w Wadowicach

godzina 17:00, Biblioteka ul. Legionów 1


27 lutego 2016 r.

Spotkanie ze Stanisławem Michalkiewiczem w Andrychowie

godzina 16:00, Parafia pw.św. Macieja


Ostatnio edytowano czwartek, 25.02.2016, 14:22 przez Ted, łącznie edytowano 1 raz

Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: czwartek, 25.02.2016, 14:20 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): niedziela, 30.09.2007, 9:44
Posty: 135
Bolek ciągnie Salon na dno

Felieton • 25 lutego 2016

Szanowni Państwo!

Przekazanie przez panią Marię Kiszczakową Instytutowi Pamięci Narodowej sześciu pakietów dokumentów uruchomiło proces, który już pociąga za sobą różne konsekwencje, a może pociągnąć wiele następnych. Jak dotąd dowiedzieliśmy się, że w domowym archiwum generała Kiszczaka znajdowała się teczka personalna tajnego współpracownika o pseudonimie „Bolek”, oraz teczka pracy tego agenta, którym według wszelkich znaków był były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa. Lech Wałęsa swoim zwyczajem nie tylko wszystkiemu zaprzeczył, ale w dodatku zaprezentował całkiem nową „koncepcję”, że owszem, podpisał to i owo, a nawet to i owo napisał – ale uczynił to zdjęty litością, na prośbę tajemniczego nieznajomego, którego tożsamości na razie ujawnić nie może. Zawsze mówiłem, że kto słucha Lecha Wałęsy, ten sam sobie szkodzi – i właśnie teraz potwierdziło się to w całej rozciągłości. Oto Salon, który stanął murem za Lechem Wałęsą i uchwalił, że w nic nie wierzy, został tą nową „koncepcją” nieprzyjemnie zaskoczony. Bo jakże tu w nic nie wierzyć, kiedy Lech Wałęsa właśnie powiedział, że jednak podpisał? Z litości, czy nie z litości – ale podpisał? Dlatego zirytowana do żywego pani redaktor Karolina Korwin-Piotrowska nie wytrzymała i poradziła Lechowi Wałęsie, żeby już nic nie kombinował z żadnymi „koncepcjami”, tylko siedział cicho.

Dlaczego Salon, z autorytetami moralnymi na czele, stanął murem za Lechem Wałęsą i uchwalił, że w nic nie wierzy? Ano dlatego, że w sześciu pakietach, które pani Maria Kiszczakowa przekazała IPN-owi dokumenty dotyczące Lecha Wałęsy są zaledwie czubkiem góry lodowej. Generał Czesław Kiszczak na pewno nie trzymał w domu makulatury, tylko najbardziej wartościowe cymelia, więc wyobrażam sobie, jak autorytety moralne budzą się w środku nocy zlane zimnym potem i z kołaczącym sercem zachodzą w głowę, co też wkrótce może wyjść na światło dzienne. Z gmachu zbudowanego na tak zwanych legendach nie można wyjąć żadnego kamienia, a zwłaszcza – kamienia węgielnego, bo wszystko zacznie się walić. Warto zwrócić uwagę, że generał Kiszczak nie miał żadnego powodu, by szczególnie wyróżniać jakąś polityczną opcję, toteż rewelacje mogą przebiegać ponad aktualnymi podziałami i ciąć po obydwu skrzydłach.

Zwraca też uwagę ostentacja, z jaką pani Maria Kiszczakowa przekazała zbiory generała IPN-owi. Być może mąż przed śmiercią poradził jej, by się zbiorów pozbyła, ale nie po cichu, tylko właśnie z ostentacją, żeby cała Polska widziała, że już niczego w domu nie ma i nie ma po co się do niej fatygować. W przeciwnym razie mógłby ja spotkać taki sam los, jak Alicję i Piotra Jaroszewiczów, którzy przed zamordowaniem byli przez nieznanych sprawców torturowani. Któż takie rzeczy mógł wiedzieć lepiej od generała Kiszczaka? Zatem nic dziwnego, że wdowa postąpiła zgodnie z instrukcją.

Ujawnienie opinii publicznej całej zawartości archiwum generała Kiszczaka może sprawić, że wszystkie legendy, łącznie z mitem założycielskim III Rzeczypospolitej, zaczną się pruć, niczym tkanina Penelopy. Wprawdzie Muzeum Historii Żydów Polskich mogłoby naszemu mniej wartościowemu narodowi tubylczemu sprokurować nową wersję historii, z wieloma legendami, nawet ciekawszymi od tej o Krakusie i Wandzie, co to nie chciała Niemca, czy o Piaście kołodzieju, ale czy opinia publiczna by w to uwierzyła? To nie jest wcale takie pewne, więc nie można wykluczyć, że przekazanie przez panią Marię Kiszczakową do IPN sześciu pakietów dokumentów może przyspieszyć starania o zewnętrzną interwencję w Polsce – oczywiście w obronie demokracji i praworządności. Salon przekonał się, że nie ma już na co czekać, że trzeba jak najszybciej i za wszelką cenę wysadzić w powietrze obecny rząd po to, by następny, w ramach poszerzania wolności słowa, wprowadził surowe kary za podważanie legendy Lecha Wałęsy, Adama Michnika, Jacka Kuronia, Bronisława Geremka i innych legendarnych postaci drobniejszego płazu. Na straży zatwierdzonej wersji najnowszej historii naszego nieszczęśliwego kraju stanie niezależna prokuratura i niezawisłe sądy, bo wiadomo przecież, że nic tak nie gorszy, jak prawda.

Mówił Stanisław Michalkiewicz


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: czwartek, 3.03.2016, 10:58 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): niedziela, 30.09.2007, 9:44
Posty: 135
„Chamy”, „Żydy” i Frank

Komentarz • serwis „Prawy.pl” (prawy.pl) • 1 marca 2016

Przypomnijmy żydowską metodę nie tyle dochodzenia do prawdy – bo o żadnym dochodzeniu do prawdy mowy tutaj być nie może – tylko o żydowskim sposobie dyskutowania. Znakomitą ilustrację mamy w „Dziejach Apostolskich”, gdzie czytamy, jak to niektórzy z synagogi zwanej synagogą Libertynów i Cyrenejczyków i Aleksandryjczyków, wystąpili do rozprawy ze Szczepanem. Ponieważ jednak nie mogli sprostać przedstawianym przezeń argumentom, to „zawrzały gniewem ich serca”, a następnie „podnieśli wielki krzyk i rzucili się na niego wszyscy razem”, a następnie ukamienowali. Nie inaczej dyskutuje dzisiaj ze swoimi przeciwnikami żydowska gazeta dla Polaków pod redakcją pana red. Adama Michnika, podczas gdy nasz Kukuniek, to znaczy – były prezydent naszego nieszczęśliwego kraju Lech Wałęsa, sprawia wrażenie, jakby wykonywał instrukcję na wypadek dekonspiracji. Przybiera to pozór gonitwy myśli, rodzaju „snu wariata śnionego nieprzytomnie”, gdzie „koncepcje” lęgną się w głowie jedna przez drugą, niczym króliki, a następna zaprzecza poprzedniej – ale w tym szaleństwie jest metoda, bo tego rodzaju zachowanie zniechęca normalnych ludzi do kontynuowania sporu – a o to właśnie ubeckim wynalazcom tej metody chodziło. Ale jeśli nasz Kukuniek wykonywałby tę instrukcję, to być może inne instrukcje też?

Takie podejrzenia rodzą się również na widok demonstracji, jakie urządził Komitet Obrony Demokracji w obronie Lecha Wałęsy. Że „murem” za nim stoi kto? „My, Naród”! Skoro już RAZWIEDUPR zastosował taką poważna zastawkę, to warto sobie ten cały „Naród” rozebrać z uwagą. Początki jego tkwią we wrześniu 1939 roku, kiedy to funkcjonariusze rozsypującego się po niemieckimi ciosami, powypuszczali z kryminałów siedzących tam więźniów, to znaczy – kryminalistów. Ci natychmiast wrócili do swoich ulubionych zajęć, to znaczy – do bandytyzmu, czemu sprzyjała niemiecka okupacja. W pamiętnikach z lat 1939-1945 Adam hr. Ronikier, będący w pierwszych latach okupacji prezesem Rady Głównej Opiekuńczej – drugiej obok Polskiego Czerwonego Krzyża oficjalnie działającej w Generalnej Guberni polskiej organizacji, bandytyzm, zwłaszcza na obszarach wiejskich, dokąd Niemcy zaglądali tylko sporadycznie, był prawdziwą plagą dla ludności polskiej, pozostającej bez żadnej ochrony. W tej sytuacji ZWZ, a następnie AK musiała zająć się również zwalczaniem bandytyzmu.

Jednak po wybuchu wojny niemiecko -sowieckiej, sytuacja się skomplikowała. Sowiecki Sztab Partyzancki zaczął przerzucać na zaplecze frontu nie tylko polityczne grupy inicjatywne, ale również organizatorów komunistycznej partyzantki. Dotarli oni do kryminalnych band i przedstawili propozycje nie do odrzucenia. W zamian za przyjęcie przysłanych z Moskwy dowódców i politruków gwarantowali polityczną osłonę, czyli „kryszę”, a w przeciwnym razie grozili eksterminacją. Dla bandytów była to wielka szansa; nie tylko z dnia na dzień stali się bojownikami, a nawet „sojusznikami naszych sojuszników”, ale przede wszystkim zyskali ochronę przed AK, której kierownictwo starało się unikać „walk bratobójczych”, o które sowieccy przedstawiciele w Anglii nieustannie Armię Krajową przez Churchillem i brytyjską prasą oskarżali. Dzięki temu mogli kontynuować swój bandycki proceder bez specjalnych obaw. Nie muszę dodawać, że po zakończeniu wojny, uczestnicy tej „partyzantki” obficie zasilili UB i MO, podobnie jak aparat PPR. W ten właśnie sposób ukształtowała się polskojęzyczna wspólnota rozbójnicza, z którą historyczny naród polski od 1944 roku musi nie tylko dzielić terytorium państwowe, ale również opierać się przeciwko politycznemu zdominowaniu go przez tę rozbójniczą wspólnotę.

Jak już wcześniej przy różnych okazjach wspominałem, RAZWIEDUPR dążąc do wysadzenia w powietrze obecnego rządu, mobilizuje wszystkie agenturalne rezerwy, ale mobilizując je, musi jednocześnie je pokazywać. Okazją do rozpoznania walką są demonstracje urządzane przez Komitet Obrony Demokracji, do którego zostali odkomenderowani starzy i nowi konfidenci. Starzy – to znaczy ci zwerbowani jeszcze za pierwszej komuny i nowi, to znaczy zwerbowani już po transformacji ustrojowej przez Wojskowe Służby Informacyjne i inne bezpieczniackie watahy. Wielu starych konfidentów już powymierało, ale pozostawili po sobie potomstwo, które często kontynuuje rodzicielskie hobby. A było ich niemało; mam na przykład listę konfidentów ułożoną według ulic części śródmieścia Lublina, obejmującej ulicę Narutowicza i przyległe, z nazwiskami, pseudonimami i adresami. Nawiasem mówiąc, na tej liście znajduje się również Tajny Współpracownik SB o pseudonimie „Historyk”, który według najnowszej literatury, nie był żadnym konfidentem, tylko „ofiarą reżymu”. Otóż na tym niewielkim fragmencie śródmieścia Lublina mieszkało 250 konfidentów SB. Myślę, że większość z nich dochowała się potomstwa, którego część odziedziczyła konfidencką współpracę. Mamy bowiem w Polsce coraz wyraźniej występujące dziedziczenie pozycji społecznej; dzieci aktorów zostają aktorami, dzieci piosenkarzy – piosenkarzami, więc dlaczego dzieci konfidentów nie miałyby zostawać konfidentami? Tych starych-nowych konfidentów bezpieczniackie watahy wynagradzają bezkarnością, między innymi dzięki nasyceniu agenturą niezależnej prokuratury i niezawisłych sądów, które zadania wyznaczone przez oficerów prowadzących traktują bardzo poważnie.

Oczywiście dotychczasowe demonstracje KOD są rodzajem ćwiczeń, treningu poprzedzającego prawdziwą akcję w postaci rozległych rozruchów połączonych z niszczeniem mienia i używaniem przemocy. Celem tych rozruchów będzie sprowokowanie rządu do ich pacyfikowania, a to z kolei umożliwi oskarżenie aktualnych władz o terroryzm państwowy, co z kolei może stanowić pretekst do uruchomienia wobec Polski przewidzianej w traktacie lizbońskim procedury tzw. „klauzuli solidarności”. Chodzi o to, że w razie zagrożenia w jakimś kraju członkowskim UE demokracji na skutek „terroryzmu”, Unia na prośbę tego kraju może udzielić mu bratniej pomocy – również w postaci interwencji wojskowej. Obecnie RAZWIEDUPR za pośrednictwem swoich politycznych ekspozytur: PO i Nowoczesnej, oskarża aktualny rząd przez różnymi instytucjami międzynarodowymi o stwarzanie zagrożeń dla demokracji i praworządności. W tej sytuacji jasne jest, że w złożeniu prośby o bratnią pomoc ktoś musi władze państwowe wyręczyć – i dlatego właśnie utworzony został KOD, do którego skierowano konfidentów, zaś na fasadzie postawiono naturszczyka, kolejną edycję Kukuńka, w osobie pana Mateusza Kijowskiego, który już jest lansowany i był przyjmowany przez brukselskich dygnitarzy z rewerencją należną prezydentowi. Osłonę propagandową całej operacji zapewni lobby żydowskie, które – jeśli tylko jest interes do zrobienia – nie cofa się przed żadną podłością.

Oto żydowska gazeta dla Polaków pod redakcją redaktora Adama Michnika przeprowadziła wywiad z synem hitlerowskiego kata narodu polskiego, Generalnego Gubernatora z czasów okupacji, Hansa Franka. Niklas Frank jest dziennikarzem „Sterna”, szalenie zaniepokojonym sytuacja w Polsce i jest stanowczo przekonany że trzeba „powstrzymać ten rząd”, a w tym celu na ulicę muszą wyjść „miliony”. Tak za pośrednictwem żydowskiej gazety dla Polaków doradza potomek Hansa Franka. Najwyraźniej wie lepiej, czego Polakom potrzeba. Ciekawe, że podobnie myślał również jego ojciec – oczywiście w latach dobrego fartu, dopóki nie zmiękła mu rura. Bo kiedy rura mu zmiękła, to nawet się nawrócił, niczym feldkurat Otto Katz z „Przygód dobrego wojaka Szwejka”, czy Andrzej Szczypiorski, który po nawróceniu nawet się ochrzcił, ale mówiono na mieście, że pierwszy chrzest mu się nie przyjął. Więc, jak wspomina w swoich pamiętnikach Adam hr. Ronikier, Hans Frank „w owym czasie stosował obficie swój dar krasomówcy do wszelkich okazji, by Polakom ich niższość wytykać i dowodzić publicznie, że wszystko, co ma jakąś wartość tradycyjną czy artystyczną w Polsce, naturalnie być musi niemieckiego pochodzenia.” Warto zwrócić uwagę, że podobną linię forsuje, może bez takiej ostentacji, Muzeum Historii Żydów Polskich, no i środowisko skupione wokół „Gazety Wyborczej”, która przoduje w aplikowanej mniej wartościowemu narodowi tubylczemu tak zwanej „pedagogice wstydu”. Jak widzimy, nie ma żadnych hamulców i w korcu maku wyszperała nawet Niklasa Franka, któremu też nie przyszło do głowy, by powstrzymać się przed udzielaniem Polakom rad, w jaki sposób powinni wysadzić w powietrze polski bądź co bądź rząd. Ale RAZWIEDUPR, czyli soldateska z komunistycznymi korzeniami, będąca polityczną emanacją polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, też nie ma żadnych zahamowań, podobnie jak i żydowskie lobby, toteż na naszych oczach odżył sojusz „Chamów” z „Żydami” - oczywiście na zgubę historycznego narodu polskiego, który cierpi na permanentny kryzys przywództwa.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: piątek, 4.03.2016, 10:51 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): czwartek, 27.10.2011, 8:27
Posty: 108
Zwracam się z prośbą do moderatora o zamknięcie wątku ze względu na szerzenie nienawiści na tle narodowościowym.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: piątek, 4.03.2016, 11:06 
Offline
zawodowy kasztelanin
Avatar użytkownika

Dołączył(a): poniedziałek, 20.06.2005, 11:07
Posty: 2044
Lokalizacja: Oświęcim
No nie wiem. Cenzura ? Zostałoby to odebrane jako przejaw PiSowskiej opresji.

_________________
Już wówczas miasto nasze popadało coraz bardziej w chroniczną szarość zmierzchu, porastało na krawędziach liszajem cienia, puszystą pleśnią i mchem koloru żelaza. B.S.


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: poniedziałek, 21.03.2016, 9:45 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): niedziela, 30.09.2007, 9:44
Posty: 135
„Mały konspirator” znów aktualny

Felieton • tygodnik „Polska Niepodległa” • 19 marca 2016

Po wypadku limuzyny wiozącej prezydenta Dudę, internet zalały komentarze płomiennych obrońców demokracji w naszym nieszczęśliwym kraju, z życzeniami rychłej śmierci, albo z wyrazami żalu, że nikomu nic się nie stało. Jest to kolejna poszlaka, wskazująca, że Komitet Obrony Demokracji z wysuniętym na fasadę filutem „na utrzymaniu żony”, jest tworem RAZWIEDUPR-a, czyli porozumienia najważniejszych ubeckich dynastii, które prowadzi z PiS-em wojnę – II wojnę o inwestyturę. Najwyraźniej odkomenderowani tam konfidenci, których wojskowa bezpieka zwerbowała nie tylko w okresie dobrego fartu za pierwszej komuny, ale również, a może nawet przede wszystkim – za tak zwanej „demokracji” - otrzymali od swoich oficerów prowadzących dodatkowe zadania w przerwach między trenowaniem ulicznych zadym. Te dodatkowe zadania mają na celu nie tylko stworzenie wrażenia, iż opinia publiczna już traci cierpliwość do krwawego reżymu Jarosława Kaczyńskiego, ale również, a może nawet przede wszystkim, psychiczne nakręcenie samych konfidentów – żeby żadnemu nie drgnęła ręka, kiedy podczas ostatecznej rozprawy będzie mordował przedstawicieli znienawidzonej „reakcji”.

Wprawdzie na obecnym etapie nienawiść oficjalnie jest znienawidzona, ale warto przypomnieć, że nie zawsze tak było i na przykład nie tylko za Józefa Stalina, ale i później, tak zwana „nienawiść klasowa” nie tylko nie była potępiana, a przeciwnie – uważana za najcenniejszą zaletę bojowników o demokrację ludową. Czym skorupka za młodu nasiąknie, tym na starość trąci, więc trudno się dziwić, że absolwenci akademii pierwszomajowych i ku czci rewolucji październikowej nasiąknęli marksistowsko-leninowską politgramotą, którą przekazują kolejnym pokoleniom ubeckich dynastii i kolejnym pokoleniom konfidentów. Może demonstrowanie obawy przed mordowaniem „reakcji” komuś wyda się przesadne, ale z bolszewikami nigdy nic nie wiadomo, to znaczy – wiadomo, że można spodziewać się po nich wszystkiego najgorszego, bez względu na to, w jaki kostium aktualnie się drapują – czy w rewolucyjny, czy w demokratyczny. Wilk zmienia skórę lecz nie obyczaje – powiedział cesarzowi Wespazjanowi pewien Rzymianin i tę sentencję powinniśmy sobie zapamiętać.

Wreszcie – wprawdzie wielokrotnie powtarzałem, że kto słucha byłego prezydenta naszego nieszczęśliwego kraju Lecha Wałęsy, ten sam sobie szkodzi - ale warto zwrócić uwagę, co ostatnio ślina Kukuńkowi przyniosła na język. Otóż powiedział on, że kiedy wybuchnie u nas wojna domowa, to on znowu stanie na czele i poprowadzi do zwycięstwa. Obawiam się, że mógł podsłuchać strzępy rozmowy jakichś starszych i mądrzejszych, którzy rozprawiali między sobą o tej wojnie, no i chlapnął. Ale bo też głównym zadaniem Komitetu Obrony Demokracji jest wywołanie na skalę krajową rozruchów połączonych z niszczeniem mienia i aktami przemocy, by w ten sposób sprowokować rząd do działań pacyfikujących, by na tej podstawie oskarżyć go o „terroryzm państwowy”, który stwarza śmiertelne zagrożenie dla demokracji i dostarczyć Niemcom oraz lobby żydowskiemu pretekstu do zastosowania wobec Polski procedury zapisanej w traktacie lizbońskim w postaci tzw. „klauzuli solidarności”. Przewiduje ona, jak wiadomo, że w razie zagrożenia demokracji w kraju członkowskim UE, może ona udzielić mu „bratniej pomocy” - również w postaci interwencji wojskowej. Do spacyfikowania naszego nieszczęśliwego kraju wielkich sił wcale nie trzeba, zwłaszcza, że jest prawie pewne, iż nasza niezwyciężona armia bez wahania stanęłaby po stronie interwentów, którzy zresztą – nauczeni doświadczeniem Norymbergi – jej właśnie powierzyliby najbrudniejsza robotę, a ci z kolei – konfidentom, których już zawczasu należy psychicznie ponakręcać, żeby obowiązki oprawców pełnili z zaangażowaniem. Dymisje ważnych generałów stanowią tylko wierzchołek góry lodowej, zwiastuny nadchodzącej felonii. Toteż wybuch nienawiści, wywołany wypadkiem prezydenckiej limuzyny nie powinien nikogo dziwić, przeciwnie – powinien utwierdzić go w przekonaniu, iż opowieści Kukuńka o wojnie domowej wcale nie muszą być zwyczajowym bredzeniem.

Ważnym elementem stanu posiadania RAZWIEDUPR-a w naszym nieszczęśliwym kraju jest stacja telewizyjna TVN, którą podejrzewam, że została założona przy udziale wojskowej bezpieki i przy wykorzystaniu resortowych aktywów. Przejęcie jej przez amerykańskiego właściciela niczego tu nie zmieniło, co może wskazywać na dwie rzeczy: po pierwsze – że polityczna wojna w naszym nieszczęśliwym kraju jest w istocie wojną o inwestyturę: kto z punktu widzenia Amerykanów będzie bardziej użyteczny dla rozgrywki z Moskalikami w Europie Wschodniej: PiS, czy RAZWIEDUPR, a po drugie – skłania do zastanowienia, jaka jest struktura kapitałowa Southbank Media LTD, która należy do amerykańskiej grupy Scripps Networks Interactive. Istotne jest bowiem nie tylko to, że załoga stacji pozostała ta sama, ale również, a może nawet przede wszystkim – że nie zmieniły się ani na jotę panujące tam ubeckie metody, w których celuje przodująca w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym resortowa „Stokrotka”. Ze swoimi rozmówcami nie rozmawia, tylko ich przesłuchuje i to nie w normalny sposób, ale właśnie na sposób ubecki. Normalne przesłuchanie bowiem ma na celu wydobycie z przesłuchiwanego prawdy, podczas gdy przesłuchanie ubeckie ma na celu zmuszenie delikwenta do udzielenia odpowiedzi oczekiwanej przez przesłuchującego, która z prawdą wcale nie musi mieć nic wspólnego. Toteż resortowa „Stokrotka”, a za nią, jak za panią matką, również pani Lewicka, do niedawna zasiadająca w państwowej telewizji, czy rozmaite „gwiazdy” Superstacji, zaszczepiły w mediach tę ubecką manierę. Dziwię się w związku z tym, że szanujący się ludzie, wśród nich również dygnitarze państwowi, przyjmują zaproszenia do TVN. Należałoby w związku z tym przypomnieć im zasady, jakie jeszcze za pierwszej komuny zalecał w „Małym konspiratorze” Czesław Bielecki. Delikwent wzywany do SB powinien domagać się wezwania na piśmie, z zaznaczeniem numeru sprawy i w jakim charakterze ma być przesłuchany: podejrzanego, czy świadka. I kiedy pewnego razu zadzwonił do mnie fagas resortowej „Stokrotki” z zaproszeniem do programu, odpowiedziałem, że oczywiście się stawię, ale proszę o wezwanie na piśmie z numerem sprawy i zaznaczeniem, czy będę przesłuchiwany w charakterze świadka, czy podejrzanego. UB, nie UB, „Stokrotka” nie „Stokrotka” – porządek musi być. Od tamtej pory mam już spokój i gdyby tak właśnie w stosunku do TVN zaczęły postępować osoby publiczne, to bardzo szybko stacja ta udusiłaby się we własnym sosie. Kto chce być szanowany, najpierw musi się sam szanować, nie chodzić do żadnych podejrzanych miejsc i nie zadawać się z podejrzanym towarzystwem.

www.michalkiewicz.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: niedziela, 31.07.2016, 11:13 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): niedziela, 30.09.2007, 9:44
Posty: 135
Multi-kulti zwycięża

Felieton • tygodnik „Najwyższy Czas!” • 29 lipca 2016

Po zamachu w Nicei, gdzie zamachowiec na przestrzeni 2 kilometrów, bez przeszkód taranował ciężarówką przechodniów, podniosły się głosy krytyki pod adresem słodkiej Francji – że to też „ch..., d... i kamieni kupa” - jak w podsłuchanej rozmowie scharakteryzował nasz nieszczęśliwy kraj ówczesny minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz. Rzeczywiście – pod rządami „socjałów nudnych i ponurych” w rodzaju prezydenta Hollanda, czy arywistów w rodzaju Mikołaja Sarkozy’ego, słodka Francja coraz bardziej się obsuwa, co było widać choćby po świątecznych dekoracjach na Polach Elizejskich w Paryżu z okazji Bożego Narodzenia. Słynący kiedyś w świecie z dobrego smaku Paryż oświetlił jedną z najpiękniejszych ulic na świecie infernalną czerwienią, a na całej długości wzniesione zostały stragany, których powstydziłby się nawet odpust w Psiej Wólce. Najwyraźniej do paryskiego magistratu musieli przeborować sobie dojście jacyś absolwenci Akademii Pierwszomajowej, czy innej Wyższej Szkoły Gotowania na Gazie, no i umaili francuską stolicę, jak tam potrafili, czyli na podobieństwo Anatewki, czy innego sztatełe. Wśród krytyków znalazł się również pan minister Błaszczak, który nieubłaganym palcem wytknął Francji, że na wcześniejsze zamachy zareagowała eunuchoidalnymi marszami „przeciw przemocy” i malowaniem kolorową kredą kwiatków na chodnikach. Oczywiście miał rację, ale właśnie dlatego pryncypialnie skrytykowała go żydowska gazeta dla Polaków, która najwyraźniej uważa, że taka właśnie powinna być reakcja. Ciekawe, co powiedziano by na takie dictum w Izraelu, gdzie wojsko nie cacka się z demonstrantami, tylko bez ceregieli otwiera ogień, niczym zaporowe oddziały NKWD za Stalina. Nauka nie idzie w las; taki Lew Mechlis, mówiąc nawiasem, absolwent Akademii Pierwszomajowej, czyli Instytutu Czerwonej Profesury, jako główny politruk Armii Czerwonej, nakazywał mordować wszystko, co się rusza, zwłaszcza, jeśli przynależało do jakiegoś narodu mniej wartościowego, ponieważ on sam tak zwane „korzenie” miał pierwszorzędne, niczym pan redaktor Michnik. Ale bo też co jest dobre dla Herrenvolku, to nie musi być dobre dla narodów mniej wartościowych, dla których przeznaczono multi-kulti.

No i multi-kulti zaczyna przynosić rezultaty. Oto młody Afgańczyk, pewnie z tych, co to już nie mogli wytrzymać pod rządami syryjskiego brutala Asada, a w każdym razie tak wyjaśniali policji powody swego przybycia do Europy, zaatakował pasażerów pociągu w okolicach Wurzburga w Niemczech toporem i zanim policjanci go zastrzelili, zdążył kilku poturbować. Dlaczegoś upodobał sobie szczególnie Chińczyków. Oprócz topora miał również nóż, co pokazuje, że całkiem z narodową tradycją nie zerwał, ale ten topór najwyraźniej wskazuje na wpływ kultury germańskiej. Gdyby tak po uderzeniu toporem poprawiał ofierze uderzeniem młotem Thora, to bez wątpienia trzeba by takie postępowanie uznać za triumf kulturowej asymilacji imigrantów, z którą tyle nadziei wiązała Nasza Złota Pani – no ale asymilacja musi trochę potrwać, a poza tym w mieszkaniu zastrzelonego policja znalazła flagę Państwa Islamskiego. Jak wiadomo, Państwo Islamskie powstało w następstwie utraty wiary wielu bezbronnych cywilów w prezydenta Obamę. Kiedy nie spełnił on swojej obietnicy przeprowadzenia interwencji w Syrii, część bezbronnych cywilów, uprzednio wyszkolonych i wyekwipowanych przez CIA głównie za pośrednictwem Arabii Saudyjskiej, nawróciła się do Allaha i utworzyła Kalifat, który teraz inspiruje albo nawet wyznacza zadania rozmaitym ochotnikom, porwanym ideą ekspansji islamu na obszary zamieszkałe przez „niewiernych”.

Tymczasem „niewierni” mają zgoła inne zmartwienia. Lekceważąc sugestie twórcy chrześcijańskiej doktryny, czyli świętego Pawła, by „szukać tego, co w górze”, coraz częściej koncentrują się raczej na dolnych partiach ciała, a konkretnie - na swoich genitaliach: co wkładać, komu i w jakie otwory ciała. Jak pisze poeta, „powstała wnet straszliwa wiedza”, dzięki której możliwe stało się rozróżnienie „gejów”, czyli gojów wkładających penisy w otwory odbytowe swoich partnerów, albo podwalających im na tak zwane „obciąganie laski”, to znaczy – pobudzanie penisa ustami oraz „lesbijki”, to znaczy damy wylizujące sobie nawzajem klitorisy i w ten sposób osiągające ekstazy. Oprócz tych zasadniczych odłamów są jeszcze pomniejsze, na przykład – biseksualiści, którzy wkładają, co tam akurat mają pod ręką, komu i gdzie popadnie oraz osoby „transpłciowe”, czyli takie, które jeszcze się nie zdecydowały, co, komu i gdzie będą wkładały, więc z pozoru zachowują się jak biseksualiści, ale biseksualistami nie są, bo biseksualiści są zdecydowani, podczas gdy oni – jeszcze nie.

Ponieważ w naszym i tak już przecież nieszczęśliwym kraju odbywają się Światowe Dni Młodzieży z udziałem Jego Świątobliwości papieża Franciszka, „geje”, „lesbijki” i odłamy drobniejszego płazu, zrzeszone – jak się okazało – w pozarządowej organizacji „Wiara i Tęcza”, która stawia sobie za cel udzielenie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób pogodzić opisane wyżej skłonności z przynależnością do Kościoła i wiarą, postanowiły się włączyć. Myślę, że Światowe Dni Młodzieży przyniosą odpowiedź na te, nurtujące „niewiernych” pytania, bo „Wiara i Tęcza” zapowiedziała zorganizowanie w Krakowie „Przystani Pielgrzymów LGBT”, gdzie chętni będą mogli się dowiedzieć, jak rżnąć się po Bożemu i w ogóle. Bo o tym, żeby się nie rżnąć, mowy być nie może, ponieważ wszelkie ograniczenia podkopałyby podstawy osobniczej tożsamości, a czyż jest coś cenniejszego od tożsamości? Nie ma – zatem, skoro tożsamość jest miarą wszechrzeczy, to jasne jest, że wszystko inne musi zostać jej podporządkowane. W tej sytuacji niedawna deklaracja papieża Franciszka, że „Kościół” powinien „przeprosić” nie tylko „homoseksualistów”, ale również „wykorzystane kobiety” oraz „biednych”, nabrała zupełnie nowego ciężaru gatunkowego. W sprawie kobiet jeszcze nie wykorzystanych Jego Świątobliwość na razie nie zajął stanowiska, wobec czego możemy zachować wobec nich postawę neutralną, natomiast wobec „homoseksualistów” oraz „kobiet wykorzystanych” nie ma rady – musimy przybrać postawę pokory, którą nieboszczyk Tadeusz Mazowiecki nazywał „postawą służebną”. Przyjęcie takiej postawy niewątpliwie ułatwia penetrację osoby pokornej, co z pewnością może dostarczyć satysfakcji zwłaszcza „gejom”, którym w tej sytuacji nikt nie powinien się sprzeciwiać. Wypada tylko mieć nadzieję, że i „geje” nie pójdą na całość i nie wykorzystają Światowych Dni Młodzieży, by zażądać tak zwanego „dowodu miłości” od Jego Świątobliwości papieża Franciszka – chociaż oczywiście pewności żadnej mieć nie można, bo – jak powiadają wymowni Francuzi - „l’appetit vient en mangeant”, co się wykłada, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Tak czy owak, tegoroczne Światowe Dni Młodzieży zapowiadają się wyjątkowo atrakcyjnie i kto wie – może nawet przyćmią „Przystanek Woodstock” słynnego „Jurka Owsiaka”, który nikogo nie musi przepraszać, bo podziwia i kocha każdego, jak leci.

Stanisław Michalkiewicz


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: środa, 21.12.2016, 8:34 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): niedziela, 30.09.2007, 9:44
Posty: 135
Czy będzie wojna domowa?

Komentarz • serwis „Prawy.pl” (prawy.pl) • 20 grudnia 2016

W związku z ostatnimi zadymami, które – jak podejrzewam – na rozkaz Naszej Złotej Pani zorganizowały stare kiejkuty, mobilizując swoją agenturę, rozmaitych „pożytecznych idiotów”, co to pragną „bronić demokracji”, no i wreszcie – rozmaitych wariatów w rodzaju osobistego nieprzyjaciela Pana Boga, czyli starzejącego się aktora Krzysztofa Pieczyńskiego, któremu Pan Bóg wprawdzie dał talent, ale mały, czego on najwyraźniej nie może przeboleć i w odwecie lansuje pogląd, że Pana Boga nie ma – więc w związku z ostatnimi zadymami pojawiły się głosy, że Polsce grozi „wojna domowa”. Jeśli chodzi o pana Pieczyńskiego, to w swoim zapamiętaniu podobny jest on do Towarzysza Szmaciaka z nieśmiertelnego poematu Janusza Szpotańskiego. Przełożony Szmaciaka w UB, niejaki Rurka, wyrzucał mu, że przynosi donosy tylko na proboszcza: „Wiecznie ten klecha! Do znudzenia! Pewnie ci nie dał rozgrzeszenia za to, że w kwiecie swej młodości waliłeś konia bez litości!” Ciekawe, czy w przypadku pana Pieczyńskiego również wchodzą w grę tego rodzaju urazy. Jest to bardzo prawdopodobne, bo czy w przeciwnym razie tak by się emocjonalnie angażował w walkę z cieniem? Wprawdzie Rosjanie powiadają, że „każdyj durak po swojemu s uma schodit”, co się wykłada, że każdy wariat wariuje na swój sposób, ale przecież każde wariactwo musi mieć z czegoś początek. Zresztą mniejsza o to, bo ważniejsze od odlotów pana Pieczyńskiego są głosy wskazujące na możliwość wojny domowej w naszym i tak już przecież wystarczająco nieszczęśliwym kraju.

Skoro tak, to zastanówmy się chwilę nad tą możliwością. Odpowiadając na pytanie zaniepokojonego słuchacza – czy będzie wojna? - Radio Erewań odpowiedziało, że wojny nie będzie, ale za to rozgorzeje taka walka o pokój, że nie zostanie nawet kamień na kamieniu. W naszym przypadku walkę o pokój może zastąpić walka o demokrację i praworządność – bo dla strategicznych partnerów, czyli Niemiec i Rosji, których dodatkowo wspiera stary żydowski finansowy grandziarz Jerzy Soros, który z naszym krajem też wiąże różne swoje niecne plany i nadzieje - każdy pretekst jest dobry, jeśli może doprowadzić zarówno do załatwienia zaległych remanentów wojennych, jak i ustanowienia między partnerami wspólnej granicy, w najgorszym razie przedzielonej „strefą buforową”, czyli Judeopolonią w której szlachta jerozolimska administrowałaby mniej wartościowym narodem tubylczym. To właśnie z tego powodu w „obronę demokracji” tak angażuje się żydowska gazeta dla tubylczych Polaków, którą grandziarz niedawno wsparł swoim złotem. Oczywiście o tych prawdziwych celach nie wolno głośno mówić, i dlatego zarówno brukselskie marionetki Naszej Złotej Pani, jak i stare kiejkuty i ich konfidenci, a za nimi mikrocefale myślący, że to wszystko naprawdę, gardłują o „obronie demokracji”. No dobrze – ale co z wojną?

W Polsce wojny domowej być nie może z tego powodu, że do wojny potrzeba przynajmniej dwóch Stron Wojujących. Tymczasem u nas jest tylko jedna: stare kiejkuty ze swoją agenturą, zarówno cywilną, jak i mundurową. I właśnie ta Jedna Strona najwyraźniej przygotowuje się – ale nie do wojny, tylko ewentualnie do zmasakrowania mniej wartościowego narodu tubylczego, który jest najbardziej rozbrojonym narodem w Europie. Tymczasem właśnie z naszej niezwyciężonej armii właśnie „odeszła” grupa najważniejszych generałów. Dlaczego akurat teraz? Czyż nie na rozkaz starych kiejkutów – bo warto pomyśleć, czy oszałamiające kariery w wojsku mogli zrobić oficerowie nie będący konfidentami Wojskowych Służb Informacyjnych? - żeby nie związani obowiązkiem posłuszeństwa wobec rządu mogli zdalnie pokierować naszą niezwyciężoną armią w obronie demokracji i konstytucji – co zapowiadał gadatliwy pan pułkownik Mazguła? W takiej sytuacji zamiast „wojny domowej” mielibyśmy powtórkę ze stanu wojennego, kiedy to nasza niezwyciężona armia nieugięcie stanęła na nieubłaganym gruncie obrony ustroju socjalistycznego i sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Wyobrażam sobie to tak, że starzy UB-ecy i SB-ecy, wzmocnieni nowymi pokoleniami ubeckich dynastii, wykonają najbrudniejszą, również „mokrą robotę”, a nasza niezwyciężona armia zapewni im logistykę i osłonę siłową, zaś Nasza Złota Pani zapewni całej operacji osłonę polityczną. To w łagodnym wariancie „A”.

Ale może być też masakra według surowszego wariantu „B”. Oto bawiąc niedawno na Podkarpaciu, z wiarygodnego źródła powziąłem wiadomość o dużym przemycie broni, jaki z Ukrainy trafia do Polski przez tamtejszą granicę. Kto jest odbiorcą tej broni? Czy przypadkiem nie zadaniowana politycznie i militarnie część ponad milionowej imigracji ukraińskiej? Większość tych imigrantów przyjeżdża do pracy, ale skoro jest ich ponad milion, to już choćby ze statystyki jeden procent muszą stanowić agenci, którzy mają do wykonania w Polsce całkiem inne zadania. Gdyby zatem Nasza Złota Pani zechciała nie tylko nas tu spacyfikować, ale przy okazji zrobić nam kuku w postaci polikwidowania – jak ich nazywają Rosjanie - „zaczinszczikow”, to któż lepiej się do tego nada, jak banderowcy? Na wypadek jakiejś „Norymbergi” (ja oczywiście wiem, że żadnej „Norymbergi” nie będzie, ale co to komu szkodzi dmuchać na zimne?) Niemcy będą czyste, jak łza, a całe odium spadnie na mniej wartościowe narody tubylcze, które w ten oto prosty sposób można wykorzystywać przeciwko sobie z pożytkiem dla starszych i mądrzejszych.

Z tych względów wydaje mi się, że nie ma racji pan poseł Kukiz, przestrzegający przez „wojną domową”, natomiast więcej racji ma pan mecenas Roman Giertych, zapowiadający „rozlew krwi”. Nie wiem tylko dlaczego sprawia wrażenie, jakby wiązał z tym jakieś nadzieje, przynajmniej na tyle, że on zostanie oszczędzony. Tymczasem to nie jest wcale takie oczywiste, bo w przypadku ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej, pan mecenas Giertych nie byłby już nikomu potrzebny.

michalkiewicz.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: piątek, 13.01.2017, 8:17 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): niedziela, 30.09.2007, 9:44
Posty: 135
Fajdanisi bronią demokracji

Komentarz • serwis „Prawy.pl” (prawy.pl) • 10 stycznia 2017

Ach tak demokracja! Iluż zgryzot przysparza i to nie tylko jej przeciwnikom, co byłoby jeszcze zrozumiałe – ale przede wszystkim – jej płomiennym zwolennikom. I to w dodatku – przez najbardziej płomiennych jej obrońców, którzy ostatnio strasznie się sfajdali. Mam oczywiście na myśli pana Ryszarda Petru, któremu jakaś Schwein zrobiła zdjęcie w samolocie lecącym do Portugalii, jak to siedząca obok niego urodziwa zastępczyni, posłanka Joanna Schmidtowa wpatrywała się w niego z uwielbieniem i nadzieją. Nie byłoby to może nic strasznego, bo pani Joanna pozostaje w stanie wolnym, gdyby nie okoliczność, że kiedy pan Rysio odlatywał do ciepłych krajów, w naszym nieszczęśliwym kraju działaczki partii Nowoczesna własnymi pulchnymi ciałami tamowały przystęp faszyzmowi do sanktuarium naszej młodej demokracji w sali plenarnej Sejmu. Powstała szalenie niezręczna sytuacja, którą próbowała rozładować pulchna posłanka Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer, improwizując na poczekaniu opowiastkę, jakoby pan Rysio wyleciał do Portugalii „w sprawach partyjnych”. Ale pan Rysio, chociaż jeszcze nie wszystko wie, to w ciemię bity nie jest i zaraz panią Lubnauer zdezawuował oświadczając, że spraw prywatnych komentował nie będzie. Czy mu to doradził ktoś starszy i mądrzejszy, co pilotuje mu karierę, czy też sam się tropnął, że jak powie, że leciał do Portugalii w sprawach partyjnych, to zaraz będzie seria pytań, a jakież to sprawy ma Nowoczesna w Portugalii, a z kim miał tam je omawiać i tak dalej i tak dalej. Nietrudno się domyślić, że wersja pani Lubnauer długo by się nie utrzymała, a w tej sytuacji bezpieczniej trzymać się metody zaprezentowanej przez przedstawicieli niezależnej prokuratury przed sejmową komisją, co to ma badać aferę Amber Gold: „nie wiem, nie pamiętam!” W ten sposób w tym wątku sytuacja została uratowana, ale cóż z tego, skoro przy okazji wydało się, że prawodawcy w rodzaju pani Lubnauer mają skłonność, a być może nawet prawdziwą zapamiętałość do improwizowania niekoniecznie zgodnego z prawdą – no a skoro kłamią w jednej sprawie, to być może również z innych? Z kolei pan Rysio – niby broni demokracji, ale jak może coś tam ukłuć na boku, to nie waha się ani chwili. I słuszna jego racja, bo nigdy nie słyszałem, żeby demokracja komuś uciekła, podczas gdy okazje uciekają w każdej chwili i to całymi stadami.

Ale to jeszcze nic w porównaniu z wyczynem pana Mateusza Kijowskiego, filuta, co to przechwalał się, że jest „na utrzymaniu żony” Może tak było kiedyś, zanim jeszcze zaczął bronić demokracji, bo z tą chwilą już żył z demokracji a konkretnie – z jej obrony. Co tu gadać; uczciwą pracą by tyle nie zarobił, więc nic dziwnego, że do obrony demokracji w naszym nieszczęśliwym kraju ludziska walą drzwiami i oknami. 90 tysięcy zaledwie w pół roku! Ale nie to jest najważniejsze, bo najważniejsze wydaja się inne sprawy. Po pierwsze, pan Kijowski był najwyraźniej zaskoczony faktem, ze sprawa ujrzała światło dzienne i przypisał to swojej „niezręczności”. Słusznie – bo gdyby był zręczniejszy, to nawet niezależna prokuratura nic by mu nie mogła zrobić. Dlaczego jednak był taki niezręczny? Przypuszczam, że dlatego, iż ktoś starszy i mądrzejszy, kto zrobił z niego człowieka, powiedział mu, żeby niczym się nie przejmował, ani nie martwił, a forsę ze zbiórek brał, jak swoją, bo demokracja właśnie po to jest, by było dobrze jej obrońcom. Ale – jak przestrzega poeta - „na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności” zwłaszcza gdy – co zauważył inny poeta, że - „tymczasem na mieście inne były już treście” i ktoś musiał wetknąć nos dziennikarza śledczego z „Rzepy” w papiery i polecić mu, by opisał to własnymi słowami. Zaraz też współpracownicy pana Kijowskiego zaczęli okazywać ostentacyjne zgorszenie, które pan Mateusz scharakteryzował jako grę przedwyborczą – bo w lutym obrońcy demokracji mają się wybierać. Natychmiast tedy odzyskał równowagę ducha i nawet zapowiedział, że będzie kandydował na Głównego Obrońcę Demokracji, jak gdyby nigdy nic. Najwyraźniej czyjaś Mocna Ręka musiała go podtrzymać, chociaż z drugiej strony pojawiły się głosy, że może byłoby lepiej, gdyby Głównym Obrońcą Demokracji został legendarny przywódca Solidarności, pan Władysław Frasyniuk. To rzeczywiście ciekawy pomysł również i z tego powodu, że legendarni przywódcy Solidarności nie rozliczyli się z sum znacznie większych, niż głupie 90 tysięcy pana Kijowskiego. Oto w latach 80-tych Solidarność otrzymała od CIA, za pośrednictwem centrali związkowej AFL CIO, 200 milionów dolarów poprzez uważany podówczas za bezpieczny (dzisiaj już tak nie uważamy) kanał watykański i co najmniej dwa razy tyle poprzez Międzynarodowe Biuro Solidarności w Brukseli, którym kierował tajny współpracownik SB, późniejszy minister stanu w Kancelarii Prezydenta Lecha Wałęsy Jerzy Milewski. Mówiło się wtedy, że te pieniądze powinny zostać rozliczone, chociaż oczywiście nie teraz, kiedy SB szaleje, tylko później, już w „wolnej Polsce”. No i nastała „wolna Polska”, w której, na pierwszym zjeździe Solidarności, ktoś rzucił pomysł, by te pieniądze rozliczyć. Klangor podniósł się aż pod niebiosa, bo wiadomo, że „łatwiej przeżyć śmierć ojca, niż utratę ojcowizny” - ale zaklęcie zostało wypowiedziane i coś trzeba było z tym zrobić. Zatem ksiądz prałat Henryk Jankowski dał kapłańskie słowo honoru, że z tą forsą wszystko było w jak najlepszym porządku i na tym sprawa się zakończyła.

Ale i pan Kijowski nie jest bez szans przy panu Frasyniuku. Wezwany na przesłuchanie do resortowej „Stokrotki” został tam zapytany, czy jest „człowiekiem honoru”. Po krótkim wahaniu, spowodowanym – jak przypuszczam – refleksją, czy ujawniać w ten sposób tajemnicę państwową, pan Kijowski odpowiedział, że tak, że jest człowiekiem honoru. To bardzo ważna deklaracja, zwłaszcza gdy pamiętamy, że na szczycie hierarchii człowieków honoru stał do niedawna generał Czesław Kiszczak. Skoro generał Kiszczak był człowiekiem honoru, to nie może nim nie być pan generał Marek Dukaczewski. A skoro człowiekiem honoru jest pan generał Dukaczewski, to człowiekami honoru muszą też być pułkownicy i nawet porucznicy. A skoro porucznicy, to i konfidenci – bo honor nie wybiera, tylko spływa z góry na dół, aż do szeregowego konfidenta na podobieństwo rozmaitych płynów ustrojowych – oczywiście wchodzących w skład najlepszego na świecie ustroju. Zatem z autentycznego źródła mamy potwierdzenie naszych podejrzeń, że pan Mateusz Kijowski jest człowiekiem honoru. No dobrze – a czy człowiekiem honoru jest również pan Władysław Frasyniuk? Na tym tle widać wyraźnie, że pan Mateusz Kijowski, chociaż oczywiście trochę się sfajdał, ma w tej konkurencji szanse.

Stanisław Michalkiewicz michalkiewicz.pl


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: wtorek, 17.01.2017, 9:10 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): niedziela, 30.09.2007, 9:44
Posty: 135
„Pucz” i po puczu

Komentarz • specjalnie dla www.michalkiewicz.pl • 16 stycznia 2017

Obejrzałem w rządowej telewizji obraz zatytułowany „Pucz”. Rzeczywiście, mieliśmy do czynienia z próbą zamachu stanu, którego scenariusz był mniej więcej taki: najpierw posłowie opozycji stworzą jakiś pretekst do awantury, by następnie ją wykorzystać do obstrukcji, której celem będzie zablokowanie możliwości uchwalenia ustawy budżetowej w konstytucyjnym terminie. Takie zablokowanie bowiem stwarza skutki prawne w postaci możliwości skrócenia kadencji Sejmu i rozpisania nowych wyborów. Toteż kiedy w Sejmie rozpoczęło się blokowanie mównicy i marszałkowskiego fotela, przed Sejmem zaczęli gromadzić się ściągani w trybie alarmowym z całej Polski konfidenci Wojskowych Służb Informacyjnych, którzy mieli odgrywać tam role „zagniewanego ludu”. O wadze zadania świadczy fakt, że zjawił się tam nawet Najstarszy Kiejkut III Rzeczypospolitej w osobie pana generała Marka Dukaczewskiego, na widok którego (prijechał rewizor iz Pietierburga!) konfidenci wprost wychodzi z siebie, żeby zademonstrować gorliwość w służbie; rzucali się pod i na samochody, a niejaki pan Diduszko, którego żona w cywilu współpracuje z „Krytyką Polityczną” (redaktor Sierakowski swoim zwyczajem nie odważył się osobiście, tylko tchórzliwie wysłał najmitów), nawet udawał trupa. Ale fajdanisi, których Wojskowe Służby Informacyjne wystrugały z banana na posłów, zawiedli na całej linii. Jarosław Kaczyński, który też coś tam musi przecież wiedzieć, przeprowadził uchwalenie budżetu w Sali Kolumnowej i w ten oto sposób najtwardsze jądro puczu, w postaci momentu zaskoczenia, spaliło na panewce. Oczywiście ani banda idiotów i idiotek, co to własnymi śmierdzącymi ciałami blokowały sejmową mównicę, nie miała o tym pojęcia, podobnie – jak przypuszczam – również Najstarszy Kiejkut III Rzeczypospolitej. Wojskowe Służby Informacyjne, które uważam za prawdziwą gangrenę na ciele Rzeczypospolitej, sprawiają wrażenie dziadostwa (podobno przez 26 lat nie złapały żadnego szpiega, ale musiałby musiałyby przecież łapać się za własne ręce) z którym żadne poważne centrale wywiadowcze nie powinny się zadawać. - „Listy tobie wozić, panny porywać, ale z rycerzem – dudy w miech!” - szydził pan Zagłoba z Bohuna – dodałbym jeszcze: samochody kraść i wywozić na Ukrainę, a z Afganistanu szmuglować narkotyki i szlachetne kamienie - i to bez żadnej poprawki można odnieść do obrośniętych w tłuszcz hersztów bezpieczniackich watah, które swoje mroczne, bandyckie początki, wyprowadzają z czasów okupacji hitlerowskiej i sowieckiej. Te wszystkie Humery, te Kwaski, które potem przepoczwarzyły się w Kwaśniewskich – to jest właśnie potomstwo polskojęzycznej wspólnoty rozbójniczej, które, korzystając ze sprzyjających warunków rozwoju („jak grzyb trujący i pokrzywa”), rozwnuczyło się na nieszczęście narodu polskiego na przyszłe dziesięciolecia. To kompromitacja, że CIA toleruje na takiej Florydzie ubeckie gniazdo szerszeni. Co z tego mają amerykańscy bezpieczniacy – trudno zgadnąć, bo na razie tylko udało się przyłapać ubeckie żony na kradzieży futer w tamtejszych galeriach - ale może, swoim zwyczajem, donoszą na siebie nawzajem?

Aliści „były w partii siły, co kres tej orgii położyły”, chociaż nasza Złota Pani, która przykazała surowo swojemu brukselskiemu fagasowi w osobie Jana Klaudiusza Junckera, żeby na 21 grudnia zwołał w trybie pilnym posiedzenie Komisji Europejskiej, która podjęłaby decyzje o ostatecznym rozwiązaniu kwestii polskiej i nawet obsztorcowała Donalda Tuska, który przyjechał do Wrocławia, żeby w razie czego być pod ręką. Oczyma duszy widzę tę scenę: „Słuchaj no, frędzlu! Zrobiłam z ciebie człowieka, ale jak chcesz być prezydentem, to ruszaj się! Zamiast tu kijem gruchy obijać, jazda mi do Breslau, pilnować interesu!” Toteż pogalopował tam skwapliwie, ale wygłosił tylko eunuchoidalne przemówienie, bo fajdanisowie w Warszawie zmarnowali moment zaskoczenia. Mam tedy nadzieję, że kiedy Donald Tusk ponownie pojawi się w naszym nieszczęśliwym kraju, powitają go okrzyki „Heil Hitler!” - podobnie, jak francuskiego polityka Jerzego Clemenceau, na etapie, gdyby był jeszcze aferzystą panamskim, witały okrzyki: „yes!”, „yes!”.

Ale fajdanisowie to jedna rzecz, a Amerykanie, to rzecz druga. Nie po to Amerykanie przeorganizowali polityczną scenę, żeby im teraz, zwłaszcza w następstwie zamachu stanu, na pozycję lidera wróciło Stronnictwo Pruskie, wzmocnione panienkami, a właściwie – disons franchement – wulgarnymi dziewuchami z Nowoczesnej, co to w przeszłości zdążyły już obydwoma rękami wygartywać z niejednego komina. Jeśli pan minister Walter Steinmeier mógł sobie pomyśleć, że w Ameryce zapanowało bezkrólewie, to chyba nadział się na minę. Oto do Warszawy z krótką wizytą przybył Rudolf Giuliani, który odbył dwugodzinną rozmowę z prezesem Kaczyńskim, w trakcie której okazało się, że mają wspólnych znajomych, a konkretnie jednego, ale za to takiego, co wystarczy za Legion, czyli pana Lejba Fogelmana. Ile to będzie Polskę kosztowało, to już inna sprawa – ale hamulec został wciśnięty z taką mocą, że wszystko, z Zasrancen na czele, poleciało na zbity pysk. No i złota trąbka („ja w tej izbie spać nie mogę, inną izbę daj kolego, tędy okna są na drogę, a po drodze poczty biegą. I gdy w nocy trąbka dzwoni, tak mi mocno serce skacze; myślę, że trąbią do koni...”) zagrała do odwrotu, na skutek czego Schetino „zawiesił” protest, czemu pokornie podporządkowały się wszystkie dostojne klempy z Platformy Obywatelskiej, z posagową panią posłanką Małgorzatą Kidawą-Błońską i byłą prokuratorszą, która podejrzewam o niebezpieczne związki z WSI, czyli panią Ewą Kopacz. W ten sposób periculum zostało zażegnane i telewizyjny obraz kończy się zapowiedzią „przeczesywania terenu”, które Kurt Vonnegut w „Rzeźni numer 5” porównał do „gry miłosnej po orgazmie zwycięstwa”.

Opisywałem sekwencję tych wydarzeń już kilka razy i nie byłoby żadnego powodu, by do tego wracać, gdyby nie dwie sprawy. Po pierwsze, pan Adam Bielan, który po różnych przygodach znowu znalazł się na łonie prezesa Kaczyńskiego, skąd czerpie siły żywotne, wyraził we wspomnianym obrazie pogląd, że nici „puczu” prowadzą do Moskwy, gdzie, jak wiadomo, czai się złowrogi Putin. Warto tedy zwrócić uwagę, że firma, która „przypadkowo” w najgorętszym momencie „puczu”, gdy jeszcze nie było jasne, że moment zaskoczenia został przez Zasrancen zmarnowany, prawie na całym obszarze Polski wyłączyła sygnał rządowej telewizji, była firmą amerykańską, a nie rosyjską. Jakie udziały albo wpływy ma w tej firmie żydowski finansowy grandziarz Jerzy Soros, który nawet nie próbuje ukrywać, że nie tylko sam stoi za przewrotem politycznym w Polsce, ale w dodatku podkręca redaktora Michnika i jego cyngli – tego nawet autorzy obrazu nie próbowali nawet zauważyć. Putin – jaki jest – każdy widzi – ale na wszystko jednak się nie nadaje. Druga sprawa, to Donald Tusk. Przecież nie przyleciał do Wrocławia z Moskwy, tylko z Brukseli, z której nie ośmieliłby się wystawić nawet nosa bez pozwolenia Naszej Złotej Pani z Berlina, która – najwyraźniej po przeanalizowaniu przez BND przydatności starych kiejkutów dla niemieckiej razwiedki, skutków objęcia amerykańskiej administracji przez Donalda Trumpa i przybyciu do Żagania, leżącego wszak na niemiecko-polskiej granicy, amerykańskiej ciężkiej brygady pancernej - postanowiła 7 lutego przyjechać do Warszawy, by namówić się z prezesem Kaczyńskim, w jaki sposób w nowej sytuacji będzie realizowane „pogłębianie integracji w Unii Europejskiej”. Obawiam się, że jednym z warunków łagodniejszej formy „pogłębiania integracji” będą gwarancje nietykalności dla starych kiejkutów, których nikt nie ośmieli się już nie to, że wziąć na powróz za zdradę stanu – jak to u siebie zrobił turecki prezydent Erdogan – ale nawet powsadzać za kraty – bo pan prezes Kaczyński mówi tylko o odpowiedzialności „posłów”, co to „łamią prawo”. O tych, którzy i posłów i niezawisłych sędziów co rano nakręcają, żeby ćwierkali z właściwego klucza, nie ośmieli się nawet wspomnieć komisja badająca aferę Amber Gold.

Stanisław Michalkiewicz


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: niedziela, 29.01.2017, 8:58 
Offline
często tu pisze

Dołączył(a): niedziela, 30.09.2007, 9:44
Posty: 135
29 stycznia

Spotkanie ze Stanisławem Michalkiewiczem w Andrychowie

godzina 16:00, Parafia pw. św.Macieja

Czekamy na Naszą Złotą Panią

Komentarz • tygodnik „Goniec” (Toronto) • 29 stycznia 2017

25 stycznia odbyło się kolejne, a tak naprawdę – pierwsze posiedzenie Sejmu po słynnej blokadzie mównicy, którą „w obronie demokracji i wolności słowa” podjęli opozycyjni posłowie z PO i Nowoczesnej Pana Rysia, a którym w charakterze „zagniewanego ludu” mieli basować zwołani pod Sejm w trybie alarmowym konfidenci z KOD, z Najstarszym Kiejkutem III Rzeczypospolitej, czyli panem generałem Markiem Dukaczewskim na czele. Pierwsze posiedzenie Sejmu po zdjęciu blokady polegało bowiem na ogłoszeniu przerwy do 25 stycznia – no a 25 stycznia Sejm obradował już normalnie. Nikomu nie przychodziło do głowy, by walczyć o demokrację, czy wolność słowa i zobaczyliśmy zwykłą, sejmową rutynę. Cóż takiego się stało, dlaczego z płomiennych obrońców demokracji uszło powietrze? Złożyło się na to kilka zagadkowych przyczyn, wśród których na pierwszym miejscu wymieniłbym Mocną Rękę, która wcisnęła hamulec, w następstwie czego Komisja Europejska nie podjęła żadnych stanowczych decyzji wobec Polski. Po drugie – zmarnowany został moment zaskoczenia, bo prezes Kaczyński, którego uważam za wirtuoza intrygi, przeprowadził jednak głosowanie nad ustawą budżetową i w rezultacie pozór legalności, na którym autorzy zamachu stanu zamierzali oprzeć całą operację, ani przez moment nie zaistniał, więc w tej sytuacji zaprezentowanie posłów blokujących sejmową mównicę w charakterze alternatywnego ośrodka władzy, który zaapelowałby o międzynarodowe uznanie, nie wyglądał przekonująco. Bo założenie – jak przypuszczam – było takie, że opozycyjni posłowie zaprezentują się („Tu jest Polska!”), jako alternatywny, a właściwie nie „alternatywny”, ale jedyny demokratyczny ośrodek władzy, który Komisja Europejska 21 grudnia by uznała za reprezentatywny dla Polski – co byłoby wstępem do realizacji „klauzuli solidarności” z traktatu lizbońskiego. Ale zmarnowanie momentu zaskoczenia nie miałoby większego znaczenia, gdyby nie Mocna Ręka, która wcisnęła hamulec. Okazało się, że bezkrólewie w USA wcale nie jest tak głębokie, jak to Naszej Złotej Pani przedstawiał finansowy grandziarz, więc jeśli nawet Nasz Najważniejszy Sojusznik wciągnął starych kiejkutów na listę „naszych sukinsynów”, to przecież nie po to, by w atmosferze zamachu stanu Niemcy przywracały na pozycję lidera polityczną ekspozyturę Stronnictwa Pruskiego. W polityce fakt, to jak w religii dogmat; nie dyskutuje się z nimi, tylko przyjmuje do wiadomości, więc pod wrażeniem siły, z jaka Mocna Ręka wcisnęła hamulec, Niemcy najwyraźniej pogodzili się z istnieniem Jarosława Kaczyńskiego. Wymownym dowodem, że tak się stało, jest oczekiwana 7 lutego wizyta Naszej Złotej Pani w Polsce, kiedy to oprócz spotkania z prezydentem Dudą i panią premier Beatą Szydło, spotka się ona też z prezesem Kaczyńskim.

Skoro tedy ustało niemieckie zasilanie, to nic dziwnego, że z niedoszłych zamachowców stanu uszło powietrze. Ale oczywiście nie tylko Niemcy palili pod tym kotłem, bo swój udział miał w tym również stary żydowski finansowy grandziarz, który najwyraźniej nie może przeboleć utraty miliarda dolarów z powodu wygranej Donalda Trumpa i dokazuje ile wlezie. Tego samego dnia, gdy Sejm dał pokaz parlamentarnej rutyny, żeby nie powiedzieć – nudy - „w całej Polsce” odbyły się demonstracje „studentów” pod hasłem: „Kopnijmy władzę w kaczy kuper”. Tak w każdym razie relacjonowała to żydowska gazeta dla tubylczych Polaków, w której grandziarz od niedawna ma ponad 11 procent udziałów. Co za „studenci” demonstrowali – trudno zgadnąć, bo większość autentycznych organizacji studenckich od tych demonstracji się publicznie zdystansowała w specjalnych oświadczeniach. Pewne światło na tę sprawę rzuca deklaracja anonimowych organizatorów protestu, że nie są przez nikogo finansowani. „Nie wierzę nie zdementowanym informacjom” - powtarzał rosyjski minister spraw zagranicznych cesarza Aleksandra II, książę Gorczakow, więc podejrzewam, że za tymi gorliwymi zaprzeczaniami kryło się złoto starego żydowskiego grandziarza i dlatego cała ta demonstracja była większa w żydowskiej gazecie dla Polaków, niż w rzeczywistości. Bo w rzeczywistości była to raczej mizeria, a niezamierzonego akcentu komicznego dostarczył udział pułkownika Adama Mazguły, który w charakterze studenta demonstrował bodajże w Krakowie. O ile pułkownika Mazgułę można uznać za weterana stanu wojennego, to jego młodsi koledzy-demonstranci są dowodem na to, że „rosną młode kadry związku kombatantów”.

Zanim tedy do Warszawy przybędzie Nasza Złota Pani, żeby z prezesem Kaczyńskim ustalić jakiś modus vivendi do czasu, gdy wyjaśni się, jakie właściwie zamiary względem Europy i niemieckiej w niej hegemonii ma amerykański prezydent Trump – opozycja rajcuje się wypadkiem, w jakim niedaleko Torunia uczestniczył minister Antoni Macierewicz. Kolumna samochodów z ministrem wjechała w grupę aut oczekujących na czerwonym świetle. Kilka samochodów zostało zniszczonych, kilka osób lekko poturbowanych, ale poza tym nikomu nic się nie stało i minister Macierewicz nawet nie spóźnił się na uroczystość uhonorowania prezesa Jarosława Kaczyńskiego tytułem Człowieka Wolności roku 2016, jaki przyznała mu redakcja tygodnika „W sieci” braci Karnowskich. W tym celu minister Macierewicz musiał przebyć 200 km w półtorej godziny, co dobrze świadczy nie tylko o sprawności ministerialnych kierowców, ale i jakości polskich dróg. Wreszcie – czegóż to nie robi się dla prezesa Kaczyńskiego, no i oczywiście – dla Wolności? Tymczasem opozycja domaga się podjęcia energicznego śledztwa – kto mianowicie prowadził samochód wiozący ministra. Najwyraźniej podejrzewają, że on sam osobiście – a wtedy można by mu przynajmniej wlepić mandat i chociaż tak odegrać się za zablokowanie zakupu francuskich śmigłowców Caracal, które może mieć nieprzyjemne następstwa. Chodzi oczywiście o rysującą się konieczność zwracania łapówek, które prawdopodobnie zostały już dawno wydane, więc jeśli Francuzi stracą cierpliwość, to mogą pojawić się rozmaite śmierdzące dmuchy. Ciekawe, że opozycja nie domaga się energicznego śledztwa w sprawie wypadku drogowego, w którym zginął poseł Kukiz 15 Rafał Wójcikowski. Podobno przed tym wypadkiem odwiedzili go jacyś dwaj smutni panowie, którzy odradzali mu interesowanie się zakupem akcji pewnej spółki, a jakby tego było mało, to nieboszczyk poseł w dodatku gmerał przy ustawie hazardowej. Warto przypomnieć, że ta ustawa, której przez całe lata nie można było uchwalić, została uchwalona w ekspresowym tempie dwóch tygodni zaraz po zakończeniu „afery hazardowej”, której – jak się potem okazało – wcale „nie było” - a regulacje zostały tam tak pomyślane, że hazardem mogły zajmować się tylko stare kiejkuty, albo osoby przez nich wskazane. Lepsze jest wrogiem dobrego, więc jeśli poseł Wójcikowski chciał tę ustawę ulepszyć, to nic dziwnego, że miał wypadek. Energiczne śledztwo będzie prowadzone, a jakże, ale myślę, że zakończy się umorzeniem z powodu nie stwierdzenia działań „osób trzecich”, podobnie jak umorzeniem dochodzenia zakończyła się sprawa kradzieży mojego samochodu, Skoro złodzieje się nie zgłosili, to cóż innego można było w tej sytuacji zrobić? Zatem – czekamy na wizytę Naszej Złotej Pani.

Stanisław Michalkiewicz


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 12 ] 

Strefa czasowa: UTC [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
cron
POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL